tag:blogger.com,1999:blog-35311442834828311922008-04-10T18:59:50.165+01:00pracownia54GDShttp://www.blogger.com/profile/17575324932896033122noreply@blogger.comBlogger61125tag:blogger.com,1999:blog-3531144283482831192.post-57235634734123177492008-02-29T09:39:00.004+01:002008-02-29T09:44:13.566+01:00przeprowadzka pracowni54- zmieńcie link!<div style="text-align: justify;">Od dzisiaj <a href="http://pracownia54.org">p</a><a href="http://pracownia54.org">racownia54 w innym miejscu</a>. Ludzie ci sami, tematyka podobna.<br /><br />Jeszcze przepoczwarzanie nie dobiegło końca, jeszcze się potykamy, rozwijając skrzydła. Ale w ciągu kilku dni powinniśmy ochłonąć i wrócić do normy, publikując otwierający tekst, a może manifest, a może po prostu rozpoczniemy zwyczajną tekstopracę.<br /><br />Przy okazji- <a href="http://www.studia.kulturowe.ug.gda.pl/">"Studia Kulturowe"</a>- sieciowe czasopismo naukowe, w którego tworzeniu biorą udział członkowie zespołu p54- wydało pierwszy numer. Smacznego!<br /></div><br /><br /><a rel="license" href="http://creativecommons.org/licenses/by/2.5/pl/"><img alt="Creative Commons License" style="border-width: 0pt;" src="http://i.creativecommons.org/l/by/2.5/pl/88x31.png" /><br /></a><br /><br />Ten utwór jest dostępny na<br /><a rel="license" href="http://creativecommons.org/licenses/by/2.5/pl/">licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 2.5 Polska</a>.GDShttp://www.blogger.com/profile/17575324932896033122noreply@blogger.comtag:blogger.com,1999:blog-3531144283482831192.post-6886790192075267782007-12-14T10:37:00.000+01:002007-12-14T15:18:05.388+01:00Exodus do wirtualnego świata- rozważania drugie<div style="text-align: justify;">Jestem w trakcie lektury "Exodus to the Virtual Wolrd. How Online Fun is Changing Reality" autorstwa wspomnianego w poprzednim wpisie Edwarda Castronovy. Castronova jest obecnie jednym z najbardziej znanych analityków rzeczywistości sieciowych gier i powyższa książka nie jest jego pierwszym poważnym wytworem. Jest za to na pewno pierwszą pozycją autora, do której dotarłem. Wstyd się przyznać, ale wcześniej o Castronovie nie słyszałem (bo też temat sieciowych gier nie interesował mnie dość mocno) i najnowszy tom rozważań badacza znalazłem przekopując zasoby jednej z polskich księgarni.<br /></div><div style="text-align: justify;"><br /><a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://bp1.blogger.com/_vEkLs0dCuOg/R2JNbOG98AI/AAAAAAAAAHU/x2HG3VfRUVY/s1600-h/IMG_1101.jpg"><img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://bp1.blogger.com/_vEkLs0dCuOg/R2JNbOG98AI/AAAAAAAAAHU/x2HG3VfRUVY/s400/IMG_1101.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5143758854449655810" border="0" /></a>Nie będę dzisiaj streszczał książki, nie będzie to recenzja. Castronova, który jest wielkim fanem gier (rodzinie dziękował za to, że mógł w spokoju napisać książkę i obiecał, że nareszcie spędzą razem trochę czasu, np. grając w gry), na razie delikatnie przeraził mnie zarysowaną wizją przyszłości. Wizją krok po kroku nadchodzącej rewolucji, która radykalnie zmieni relacje społeczne. Zapewne nie będzie to rewolucja jednodniowa i nie obejmie od razu, a może nigdy całej ludzkiej populacji. Niewątpliwie jednak my, żyjący w obrębie zachodniej cywilizacji, doświadczymy (doświadczamy?) przewrotu na własnej skórze.<br /><br />Cóż to będzie za zmiana? Jak pisałem wczoraj- Castronova uważa, że popularyzacja sieciowych gier i gier komputerowych w ogóle (a mniej więcej co roku średnia wieku graczy podnosi się o rok, co świadczy o tym, że jeśli raz zaczęliśmy grać, będziemy już zawsze korzystać z komputerowej rozrywki) doprowadzi do zmiany społecznego krajobrazu.<br /><br />Ciekawe, czy dojdzie do momentu, kiedy komunikacja w sieci przeważy nad komunikacją twarzą w twarz. Wiem, że dzieje się tak codziennie, sam większości kontaktów dokonuję przez internetowe kanały komunikacyjne. Czy okaże się za kilka lat, że np. podwórkowa gra w piłkę zupełnie przeniesie się do mieszkań, gdzie, zamiast jak w grze "Fifa" klikając myszką, będziemy kopać piłkę w stronę ekranu-ściany, oglądając zachowania kolegów, grających ze swoich domów, na ekranie? Jak twierdzi Castronowa- przyszłość to nie hełmy i rękawice. Wystarczy zanurzanie się do sztucznych światów przez zwyczajny monitor.<br /><br />I być może za kilka lat polityk politykowi nie będzie mógł zarzucić wychowywania się na podwórku, bo podwórko przeniesie się do "wirtualnej przestrzeni", a zarzuty zamienią się w przytyki w rodzaju "ja, w przeciwieństwie do Donalda T. nie wychowywałem się w "World of Warcraft". Przesadzam? Wydaje mi się, że nie za bardzo.<br /><br />Castronova na szczęście nie należy do grona tych, którzy wyłącznie opisują i snują przerażające wizje (przeczytałem na razie zaledwie fragment, nie wiem, jakie będą wnioski podsumowujące), ale stara się również włączyć w konstruowanie nadchodzącej przyszłości. Jest współtwórcą sieciowej gry o nazwie <a href="http://swi.indiana.edu/arden/index.shtml">"Arden: World of William Shakespeare"</a>, gdzie zamierzał testować teorie ekonomiczne. Gra jest o tyle wydarzeniem, że nie ma to być kolejna komercyjna produkcja. Castronova otrzymał na produkcję gry 250 000 dolarów z fundacji MacArthur.<br /><br />Pojawił się jednak problem. Jak podaje za Castronovą <a href="http://www.technologyreview.com/Infotech/19817/page1/?a=f">"Technology Review"</a>: "<span style="font-style: italic;">gra nie jest zabawna (...) potrzeba zagadek i potworów, inaczej ludzie nie będą chcieli grać (...) odkąd tym, czego naprawdę potrzebuję, jest świat z dużą ilością graczy, bym mógł uruchomić eksperymenty, zdecydowałem, że potrzeba mi zupełnie innego podejścia"</span>.<br /><br />Okazuje się, że 250 000 dolarów to za mało, żeby uruchomić poważną sieciową grę. Wystarczy zestawić grant na tworzenie "Arden" z 75 milionowym budżetem "World of Warcraft". Castronova przestrzega, niech to będzie ostrzeżenie, dla wszystkich, którym się wydaje, że mogą skonstruować sieciową grę. I dodaje, że wziął na siebie za dużo, chcąc połączyć aspekt edukacyjny gry z aspektem badawczym.<br /><br />W każdym razie, życzę autorowi i badaczowi powodzenia. Na pewno pieniądze nie zostaną zmarnowane i kto wie, czy nie będą sygnałem dla świata nauki, że może warto uruchomić większe kwoty do budowy gier konkurujących z komercyjnymi pozycjami. Możliwości badawcze, ale i edukacyjne gier przygotowywanych przez uniwersytety byłyby na pewno większe niż komercyjnie nastawionych światów.<br /><br />Być może rozwiązaniem byłoby skorzystanie z mikronacji- są tworzone oddolnie, nie mają sztywnych i niezmiennych reguł, a ludzie sami tworzą rozrywkę, nie czekając, aż ktoś poda im tematy zabawy. Pytanie tylko, czy pomimo coraz większego usieciowienia "realnego świata" i zacierania granicy "real- wirtual", nasze poczynania badawcze, edukacyjne itd. nie są tylko wymówką do ucieczki z namacalnej rzeczywistości. Cóż, wątpliwości są potrzebne. Jak napisała studentka, odpowiadając na pytanie o możliwości edukacyjnego zastosowania wirtualnych państw (nie podaję nazwiska, bo cytuję bez zgody) i co częściowo można odnieść do wszystkich sieciowych gier:<br /><br /><span style="font-style: italic;font-family:Times New Roman;font-size:100%;" >"Jednak moim zdaniem jest to zajęcie dla ludzi, którzy posiadają dużo wolnego czasu i nie wiedzą jak go spożytkować konkretnie. Zamiast popracować nad sobą , co by im w przyszłości mogło przynieść w realu podobne pozycje w społeczeństwie. Wolą się tylko w to zabawiać. Chowają się za kurtyną monitora i kryją swoje pragnienia o pięknym sprawiedliwym państwie. Jeszcze mam jedna uwagę na temat , kto bierze udział w takich grach ? Zdecydowanie są to mężczyźni. Wniosek jaki się nasuwa ? ….. Mężczyźni są wiecznymi chłopcami ".</span><br /></div><br /><a rel="license" href="http://creativecommons.org/licenses/by/2.5/pl/"><img alt="Creative Commons License" style="border-width: 0pt;" src="http://i.creativecommons.org/l/by/2.5/pl/88x31.png" /><br /></a><br /><br />Ten utwór jest dostępny na<br /><a rel="license" href="http://creativecommons.org/licenses/by/2.5/pl/">licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 2.5 Polska</a>.GDShttp://www.blogger.com/profile/17575324932896033122noreply@blogger.comtag:blogger.com,1999:blog-3531144283482831192.post-69717573936650335352007-12-13T09:21:00.000+01:002007-12-13T09:48:21.181+01:00Exodus do wirtualnego świata- rozważania pierwsze<div style="text-align: justify;">Podczas aktywności w wirtualnym państwie, w dniu, kiedy dużo czasu poświęcałem na wirtualne życie, przyszła mi do głowy przerażająca myśl. Pomyślałem, że emocje związane z wirtualnym życiem- osiąganie sukcesów, zdobywanie tytułów np. awangardy proletariatu (czy też analogicznych tytułów szlacheckich), wygrana w wyborach, sukces opowiadania lub spodobanie się naszego najnowszego utworu muzycznego, są tak realne, a właściwie nie różnią się od emocji przeżywanych w "prawdziwym" świecie, że można by żyć tylko w świecie "wirtualnym" (wirtualność mikronacji nie jest większa niż np. "Wirtualnej Polski"- komunikaty są zapośredniczone przez kanały komunikacyjne internetowym meta medium, wszyscy mają jednak świadomość, że chodzi o "alternatywną rzeczywistość").<br /><br />Świadomie wyżej zaznaczyłem terminy "realny" i "wirtualny" w cudzysłowiu. Otóż uważam, że granica między nimi zaciera się i nawet tak fikcyjny twór jak wirtualne państwo jest jak najbardziej związany z "typową rzeczywistością" (zwłaszcza w warstwie kreacji kulturowej, mechanizmów państwowych itp.). Pomyślałem, że całkiem możliwe jest życie, podczas którego przez większość czasu moglibyśmy funkcjonować w "sztucznej rzeczywistości" (jednoznaczne określenie co prawdziwe, a co wirtualne, zwłaszcza w epoce nieustannego zapośredniczania komunikatów przez media jest trudne, a być może nawet niemożliwe). I zastanowiłem się na własnym przykładzie- pracuję na uczelni jeden dzień z pięciu dni roboczych. Pozostałe przeznaczam na zgłębianie wirtualnego państwa, biorąc aktywny udział w życiu mikronacyjnej rzeczywistości. Tam, pomimo świadomości "alternatywnego świata", przeżywam silne emocje, dyskutuję, spieram się, rywalizuję w wyborach, tworzę muzykę lub teksty prasowe, które są oceniane i wartościowane przez społeczność. Mogę tam robić właściwie wszystko, co mi się podoba. Co prawda nie widzę moich współmieszkańców tak, jak dzieje się to w Second Life i świat nie jest jak w SL już w dużej mierze wykreowany razem ze ściśle ustalonymi regułami gry. Cała komunikacja odbywa się za pomocą listy dyskusyjnej, stron WWW i komunikatorów i kreacja wirtualnej kultury opiera się w dużej mierze na wyobraźni, to jednak nie sądzę, by odbiegało to od najlepiej wygenerowanych wizualnie sztucznych światów (przeciwnie, amatorskość i niekomercyjność mają swoje pozytywne aspekty, ale o tym w innym wpisie).<br /><br />I jak napisałem wyżej- wyobraziłem sobie na własnym przykładzie człowieka silnie zanurzonego w alternatywną rzeczywistość, możliwość spędzenia życia głównie w "sztucznej rzeczywistości". Nie potrzebowałbym dużo. Wystarczyłoby mi łóżko, ubikacja, prysznic i coś do jedzenia. I nie dziwiłem się specjalnie, kiedy w książce Edwarda Castronova'y "Exodus to the Virtual World. How Online Fun is Changing Reality" przeczytałem o tym, że uczestnikom "wirtualnych światów" nie potrzeba do życia wiele- łóżko, coś do jedzenia i ubikacja. Co prawda Castronova pisze o światach w rodzaju "Second Life", gdzie ogromnym przyciągaczem jest możliwość zarabiania pieniędzy, które można później wystawić na giełdzie i sprzedać za prawdziwe dolary. Jednak sama motywacja uczestników konkretnego "sztucznego świata" nie ma specjalnego znaczenia. Castronova pisze nawet, że wciągnięci w alternatywny świat komputerowych sieciowych gier (można przez chwilę założyć, że tak jest) nie musielibyśy być wcale tłustymi, obleśnymi typami zatopionymi w przyciasny fotel. Skąd! Można przecież grać w gry, które opierają się na fizycznej aktywności gracza.<br /><br />Na szczęście nie słyszałem jeszcze w żadnej mikronacji o kimś, kto nie wychodzi z domu i nie uprawia klasycznej aktywności fizycznej. Być może jest to związane z faktem, że uczestnikami w dużej mierze są uczniowie, studenci i ludzie w okolicach trzydziestki. Chociaż wiek nie jest uzasadnieniem. W kreskówce "South Park", która wyśmiewa wszystko, co można i czego nie można wyśmiewać, jeden z odcinków poświęcony był grze "World of Warcraft" i nosił tytuł "Make Love not Warcraft". Bohaterowie- grupka dzieciaków, zdenerwowani faktem, że jeden z użytkowników niszczy grę od wewnątrz, postanowili wziąć sprawy w swoje ręcę i spędzili tydzień (lub dłużej) przed komputerami. Odchodzili jedynie do ubikacji, jedli wyłącznie pizzę donoszoną przez mamę jednego z chłopców. Ogromnie przytyli, na twarzach, z racji zaniedbania higieny, potworzyły się im potworne pryszcze i stali się paskudni. Tak mocno wciągnęła ich misja w "wirtualnym świecie" (przy okazji warto zwrócić uwagę na to, jak dzieci i młodzież rozumieją podtrzymywanie relacji społecznych- najlepiej widać to w początkowej części filmu, kiedy ojciec Stana zwraca uwagę synowi, że przez cały weekend gra w gry i nie kontaktuje się z kolegami...).<br /><br /><a href="http://myspacetv.com/index.cfm?fuseaction=vids.individual&videoid=6848872">South Park - Make Love, Not Warcraft</a><br /><embed src="http://lads.myspace.com/videos/vplayer.swf" flashvars="m=6848872&v=2&type=video" type="application/x-shockwave-flash" height="346" width="430"></embed><br /><a href="http://myspacetv.com/index.cfm?fuseaction=vids.addToProfileConfirm&videoid=6848872&title=South%20Park%20-%20Make%20Love,%20Not%20Warcraft">Add to My Profile</a> | <a href="http://myspacetv.com/index.cfm?fuseaction=vids.home">More Videos</a><br /><br />Co prawda uważam, że wirtualne państwa można zaliczyć do sieciowych gier, to jednak zdecydowanie różnią się od komercyjnych gigantów nastawionych na "realny" zysk. Ale dlaczego tak jest i czy rzeczywiście mam rację, będę się zastanawiał nieco później. Niepokojące jest jednak to, że przywołany wcześniej Castronova uważa, że w przeciągu kilku/ kilkunastu lat nastąpi exodus do "wirtualnej rzeczywistości", w miarę popularyzacji sieciowych gier i dobrego sprzętu komputerowego. Upodabnianie się "sztucznej rzeczywistości" do tej prawdziwej, możliwość tworzenia, zarabiania pieniędzy i ekonomiczne związki z "realnym" światem i poświęcanie coraz więcej czasu na "wirtualne interakcje" w świecie gry, może być większą rewolucją niż wszystkie, jakie dotąd znamy. I być może przekonamy się o tym zupełnie niedługo...<br /></div><br /><a rel="license" href="http://creativecommons.org/licenses/by/2.5/pl/"><img alt="Creative Commons License" style="border-width: 0pt;" src="http://i.creativecommons.org/l/by/2.5/pl/88x31.png" /><br /></a><br /><br />Ten utwór jest dostępny na<br /><a rel="license" href="http://creativecommons.org/licenses/by/2.5/pl/">licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 2.5 Polska</a>.GDShttp://www.blogger.com/profile/17575324932896033122noreply@blogger.comtag:blogger.com,1999:blog-3531144283482831192.post-77580619102766277192007-12-01T19:08:00.000+01:002007-12-01T21:43:05.425+01:00Przyszła pora na Sasnala<a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://bp1.blogger.com/_jI2fZKY1IVM/R1GwvrisWSI/AAAAAAAAAAU/9BNLrbbUZ4o/s1600-R/okladka_sasnal.jpg"><img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer;" src="http://bp1.blogger.com/_jI2fZKY1IVM/R1GwvrisWSI/AAAAAAAAAAU/ofEq8i5SDTg/s200/okladka_sasnal.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5139082982995024162" border="0" /></a><br /><div style="text-align: justify;">Ze zdziwieniem rejestruję zainteresowanie twórczością Wilhelma Sasnala.<br />Dowiaduję się o Jego wyjątkowości w plotkarskim programie jednej z telewizji komercyjnych. Młoda kobieta, nazywająca siebie "artystką śpiewającą", informuje telewidzów, że sztuka Sasnala jest jej po prostu bliska i, że zakochana była w niej od dawna.<br />Serialowy aktor, gotujący szparagi w sosie francuskim (na żywo-telewizja śniadaniowa), przekonuje, że Sasnal to najwybitniejszy polski artysta-wkłada nóż do słoika z musztardą i nie jest w stanie przypomnieć sobie, co to <a href="http://www.flashartonline.com/">Flash Art.</a><br />Z nadzieją czekam więc na publikację przewodnika <a href="http://www.krytykapolityczna.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=2140&Itemid=104">Krytyki Politycznej </a>( Sasnal. Przewodnik Krytyki Politycznej, premiera 15 grudnia 2007 roku). Choć i w tym przypadku nie sposób nie doszukiwać się koniunkturalnej fascynacji twórczością "młodego" artysty (łatwiej byłoby przyjąć opracowanie, gdyby nie sasnalowski szum medialny, tym bardziej, że artysta współpracował z KP).<br /></div>Dobre i to. Być może łatwiej będzie zrozumieć Sasnala.<br />Osobiście (jakie to ma znaczenie) nie odmawiam Sasnalowi talentu i wyjątkowości-chciałbym jednak, żeby zostało po nim nieco więcej niż ranking artystów we Flash Art i posasnalowska publikacja (boję się kiedy z 35-letnim facetem przeprowadza się wywiad typu "jak rozpoznajesz swoją sztukę?" - Sierakowski wyraźnie traci "ząb"). A do tego alergicznie działa na mnie interpretacja "dzieł" Wilhelma Sasnala przez Slavoja Zizka-intelektualny modniś jak zwykle bredzi (tego po prostu nie daje się czytać).<br /><br /><br /><a rel="license" href="http://creativecommons.org/licenses/by/2.5/pl/"><img alt="Creative Commons License" style="border-width: 0pt;" src="http://i.creativecommons.org/l/by/2.5/pl/88x31.png" /><br /></a><br />Ten utwór jest dostępny na<br /><a rel="license" href="http://creativecommons.org/licenses/by/2.5/pl/">licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 2.5 Polska</a>.Damian Muszyńskihttp://www.blogger.com/profile/11747247566632630802noreply@blogger.comtag:blogger.com,1999:blog-3531144283482831192.post-62825638569379265772007-11-23T14:33:00.000+01:002007-11-23T17:19:58.088+01:00Sieciowe gry polityczne a wirtualne państwa- wypowiedź dla "Rzeczpospolitej"<div style="text-align: justify;">Kilka dni temu redakcja "Rzeczpospolitej" poprosiła mnie o wypowiedź na temat gier politycznych i dokładniejsze przyjrzenie się jednej z takich gier. Po bliższym zapoznaniu z grą "Polityka- wczuj się w rolę!" napisałem komentarz dla "RP". Rozpisałem się, to prawda, byłem jednak świadomy, że w artykule na temat gier politycznych ukaże się tylko krótka wypowiedź. Ale temat wydał mi się w miarę interesujący, dlatego pozwoliłem na wycięcie krótkiego cytatu z obszernej wypowiedzi, a przygotowaną całość prezentuję w pracowni54. Zastrzegam, że po raz pierwszy przyjrzałem się niemikronacyjnym sieciowym grom politycznym, w które gra się poprzez forum dyskusyjne, dlatego część z moich uogólnień może być błędna. Zachęcam do dyskusji i wskazania ewentualnych pomyłek.<br /></div><div style="text-align: justify;"><b><u> </u></b><br /><b><u> Pollityczne gry sieciowe a wirtualne państwa</u></b><br /><br />Jeśli chodzi o gry polityczne, a o bliższe przyjrzenie się jednej z nich mnie poproszono, muszę powiedzieć, że jest to zjawisko niezupełnie nowe. W przestrzeni polskiego internetu gry polityczne funkcjonują od lat dziewięćdziesiątych. Warto się również zastanowić, co oznacza sam termin "polityczne gry". Termin ten nie obejmuje jednorodnej grupy sieciowych rozgrywek. W skrócie można powiedzieć, że polityczne gry sieciowe to sieciowe symulacje procesów politycznych. Komunikacja w takich grach może się odbywać na wiele sposobów, a sama tematyka może być różnorodna. Polityczne gry sieciowe to termin tak bardzo pojemny, że do tego typu gier można zaliczyć także wirtualne państwa. To również spory obszar sieciowej aktywności internautów. Problem jednak w tym, że o ile wszystkie wirtualne państwa są politycznymi grami sieciowymi (co prawda różnią się miedzy sobą np. natężeniem powagi w zakresie podejścia do symulacji, skupianiem na polityce, gospodarce itp, niewątpliwie jednak polityka jest jedną z osi napędowym takich państw), to nie wszystkie polityczne gry sieciowe są wirtualnymi państwami. Dlatego w dalszej części wypowiedzi będę rozróżniał wirtualne państwa/ mikronacje od niemikronacyjnych gier politycznych, jakie w skrócie będę nazywał po prostu grami politycznymi.<br /><br /><a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://bp1.blogger.com/_vEkLs0dCuOg/R0bXtczo-II/AAAAAAAAAGo/dLmJLsOyej8/s1600-h/capture1.jpg"><img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://bp1.blogger.com/_vEkLs0dCuOg/R0bXtczo-II/AAAAAAAAAGo/dLmJLsOyej8/s320/capture1.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5136029600889501826" border="0" /></a>Wirtualne państwa, inaczej zwane mikronacjami, to społeczności sieciowe, które skupiają się na symulacji procesów państwowych (różnych, w zależności od państwa). Najprościej podać definicję z Wikipedii, czyli oddać głos samym internautom: "wirtualne państwo- rodzaj zabawy internetowej polegającej na symulacji życia w świecie wirtualnym"(odebrane: 20.11.2007. z:http://pl.wikipedia.org/wiki/Wirtualne_pa%C5%84stwo). Definicja Wikipedii jest o tyle istotna, że gdyby nie odpowiadała osobom zaangażowanym w tworzenie wirtualnych państw, zapewne zostałaby przez nie zmieniona lub zakwestionowana. Jak widać, nie różni się ona specjalnie od definicji sieciowych gier politycznych. O ile z zewnątrz różnice rzeczywiście są trudno dostrzegalne, to od wewnątrz są o wiele ostrzejsze. Podstawową sprawą może być osoba/ osoby organizatorów/ twórców wirtualnego państwa i wirtualnej gry politycznej. Nie ma co prawda przeciwwskazań odnośnie tego kto może a kto nie być twórcą mikronacji lub politycznej gry. Jednak w polskiej przestrzeni wirtualnych państw, nie ma właściwie mikronacji, która zostałaby założona przez komercyjną firmę lub instytucję. Wszystkie tworzone są oddolnie, tzn. organizowane przez osoby prywatne. Gry polityczne często tworzone są przez zafascynowanych internautów i nie są nastawione na zysk, nie dzieje się tak jednak zawsze. Samo podejście uczestników życia mikronacyjnego i gier politycznych do kwestii użycia określenia "gra" dużo mówi o różnicach. Obserwując wirtualne państwa wielokrotnie spotkałem się ze stwierdzeniem, że wirtualne państwo "to coś więcej niż gra". Być może dlatego nie używa się w nazwach owych państw określenia "gra", co jest zupełnie naturalne i akceptowane we wspomnianych grach politycznych. Mieszkańcy wirtualnych państw raczej byliby skłonni do użycia określenia "drugie życie", co niewątpliwie nawiązuje do popularnej sieciowej gry "Second Life"- ale warto podkreślić, że mikronacje są o wiele starsze od wspomnianej gry. Zatem to raczej "SL" nawiązuje do wirtualnych państw. Niestety, gra "Second Life" tak naprawdę tylko nazwą przypomina aspiracje mieszkańców mikronacji, ponieważ, w mikronacjach obywatele mają duże możliwości oddziaływania na władze, a nawet sprawowanie władzy, co przekłada się na możliwość aktywnego uczestnictwa i partycypacji w zmianach całego środowiska wirtualnego życia. Takiej możliwości nie ma w "Second Life", reguły, sam świat gry, są odgórnie ustalone. Przed oddaniem tego typu aktywności komercyjnym organizacjom przestrzega m.in. prof. Henry Jenkins, amerykański kulturoznawca, kiedy zwraca uwagę na fakt, że w projektach komercyjnych można łatwo wyrzucić z gry lub odebrać głos osobom, które domagają się większego udziału internautów w kształtowaniu całej gry lub publikują w ramach świata gry informacje, które nie podobają się administratorom- np. sugerują sfałszowanie wyników wyborów, co miało miejsce w grze The Sims (Jenkins, Kultura Konwergencji, 2007). W mikronacjach świat gry budowany jest poprzez komunikację asynchroniczną na forach dyskusyjnych i poprzez listy dyskusyjne, a także poprzez dokładanie kolejnych elementów, budowanie świata na stronach WWW oraz przy wykorzystaniu synchronicznych komunikatorów. Nawet jeśli mieszkaniec nie ma możliwości zmiany prawa i zawartości strony głównej, to ma możliwość dobudowywania elementów świata poprzez tworzenie własnych miejsc na stronach internetowych nawiązujących do danego świata. Niemikronacyjne polityczne gry sieciowe, podobnie jak "Second Life", bardzo wyraźnie określają zasady gry, nie zmieniają się one radykalnie i zawsze istnieje grupa administratorów, którzy nadzorują ich przebieg.<br /><br />Wirtualne państwa, w przeciwieństwie do politycznych gier, nawiązują liczne kontakty między sobą. Polityka zagraniczna, współpraca, a nawet wojny są wpisane w działalność mikronacji i mocno napędzają aktywność. W polskiej przestrzeni internetu funkcjonuje wirtualny ONZ- Organizacja Polskich Mikronacji, który jest platformą v-międzynarodowej dyskusji pomiędzy państwami. Nie jest to jedyna tego typu organizacja i niedawno po sprzeciwie niektórych członków wobec pozycji członków stałych, powstała organizacja skupiająca mniejsze wirtualne państwa. Polityczne gry sieciowe rzadko nawiązują relacje między sobą, co zresztą byłoby nieco dziwne- samo zdefiniowanie danej aktywności jako gry, ogranicza pole manewru. Trudno byłoby mówić o polityce zagranicznej i np. podpisywaniu traktatów pomiędzy kilkoma internetowymi grami. Zdarzają się jednak formy przejściowe, przykładem może być <a title="V Rzeczpospolita Polska" href="http://www.5rp-online.go.pl/" id="e.t2">V Rzeczpospolita Polska</a> - coraz bardziej przypominająca wirtualne państwo, nawiązująca relacje v-międzynarodowe, ewoluująca od gry sieciowej do mikronacji. Zatem hybrydy są możliwe, ze względu na duże podobieństwo mikronacji i niemikronacyjnych gier politycznych.<br /><br />Polityczne gry sieciowe z reguły są uboższe od mikronacji. Wynika to ze skupienia się na symulacji wycinka rzeczywistości społecznej- na polityce, często z pominięciem gospodarki, działalności kulturalnej i swobody twóczej użytkowników. Co prawda największe polskie gry sieciowe mają sporą liczbę graczy i zdarza się, że sam parlament w grze politycznej może się składać ze stu osób, to jednak nie dorównują największym polskim mikronacjom jak <a title="Księstwo Sarmacji" href="http://www.sarmacja.org/" id="e7.g">Księstwo Sarmacji</a>, <a title="Królestwo Dreamlandu" href="http://www.dreamland.net.pl/" id="e41r">Królestwo Dreamlandu</a> - najstarsze polskie v-państwo, powstałe w roku 1998 i <a title="Królestwo Scholandii" href="http://www.scholandia.org/" id="v1nu">Królestwo Scholandii</a> i tym najdynamiczniej się rozwijającym jak <a title="Mandragorat Wandystanu" href="http://www.wandystan.only.pl/" id="hx3x">Mandragorat Wandystanu</a> i <a title="Monarchia Austro- Węgier" href="http://austro-wegry.strefa.pl/" id="yixw">Monarchia Austro- Węgier</a>. Ta ostatnia mikronacja jest ciekawa, ponieważ jest nie tylko wirtualnym państwem, ale w pewnym sensie można ją zaliczyć do odtwórstwa historycznego- nawiązuje systemem politycznym do rzeczywistej monarchii Austro- Węgierskiej, jest budowana na bazie mapy Austro- Węgier. W pewnym sensie można ją również przypisać do politycznych gier niemikronacyjnych, ponieważ funkcjonują w internecie gry skupione na podobnej tematyce- np. symulacji polityki Śląska z konkretnego okresu historycznego.<br /><br /><a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://bp0.blogger.com/_vEkLs0dCuOg/R0bX8Mzo-JI/AAAAAAAAAGw/UAsxna7esWQ/s1600-h/wandystan1.jpg"><img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://bp0.blogger.com/_vEkLs0dCuOg/R0bX8Mzo-JI/AAAAAAAAAGw/UAsxna7esWQ/s320/wandystan1.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5136029854292572306" border="0" /></a>Niewątpliwie niemikronacyjne polityczne gry sieciowe i wirtualne państwa należy uznać za bardzo ciekawy obszar aktywności polskich internautów. Tym ciekawszy im bardziej oddolnie tworzony i inspirowany. Oddolność tego typu projektów świadczy o ogromnej potrzebie uczestnictwa w życiu politycznym i symulowania politycznych procesów, czyli poszukiwania alternatywnych możliwości kształtowania politycznej rzeczywistości. Być może zaangażowanie w gry polityczne i mikronacje będzie się przekładać na wzrost krytycznej aktywności obywatelskiej Polaków, zwłaszcza, że w dużej mierze uczestnikami tego typu symulacji są ludzie młodzi. Sieciowe gry polityczne mogą być również świetnym narzędziem edukacyjnym, które można wykorzystać nie tylko w edukacji pozaszkolnej, ale również w szkole, np. na lekcjach (i po lekcjach, bo działalność tego typu zabiera sporo czasu) wiedzy o społeczeństwie czy na lekcjach historii, podczas odtwarzania realiów historycznych danej epoki. Popularyzacja tego typu sieciowej aktywności może być świetnym łamaczem stereotypów na temat internetu, który obecnie często jeszcze postrzega się jako pożeracz czasu, nie dostrzegając możliwości aktywizacji społecznej i kształtowania świadomych, zaangażowanych obywateli.<br /><br /><b><u>Kilka refleksji o grze, o której przejrzenie mnie poproszono (<a title="Polityka- wczuj się w rolę!" href="http://gamesoft.pl/forum/index.php" id="dg5j">Polityka- wczuj się w rolę!</a> )</u></b><br /><br />- rozbudowany regulamin, który, choć ma pomagać w regulowaniu życia na forum, może stać się przeszkodą i blokować inwencję graczy,<br /><br />- gra nie pozwala na usuwanie i edycję wpisów, co prawda, gdyby zabawa odbywała się na liście dyskusyjnej, również nie byłoby takiej możliwości, ale na forum niepotrzebnie zwiększa to liczbę postów, sprawia wrażenie wymuszania na użytkownikach ciągłego skupienia, nie pozwala na spontaniczność, w dodatku jest to wymuszenie tworzenia niezmiennego archiwum, co może byłoby normalne w przypadku publikacji drukowanych, ale w płynnym świecie sieci nic nie musi być powiedziane raz na zawsze. Dlatego niemożność modyfikowania własnych wpisów i ich usuwania, nadaje grze nazbyt poważną rangę i podobnie jak restrykcyjny regulamin, który reguluje nawet kwestie wielkości liter (zakazuje używania tzw. netspeaku), może przyczyniać się do zniechęcenia i małej aktywności graczy,<br /><br />- nieco krępujące wydają się również zasady gry- żeby stworzyć partię, trzeba już na początku zebrać pięciu założycieli, następnie zgłosić istnienie partii w odpowiednim wątku forum i czekać na zaakceptowanie nie do końca określonej "Rady", która decyduje o zarejestrowaniu lub nie danej partii, dając jednocześnie nowej partii 48godzin na złożenie regulaminu. To również nieco dziwne, ponieważ wymaga się od nowej partii aż pięciu członków, którzy nie muszą ogłaszać programu partii w momencie ogłaszania jej istnienia i nie wiadomo na jakiej podstawie "Rada" decyduje o rejestracji,<br /><br />- kolejna rzecz a propos partii, to niemożność wybrania idiotycznej nazwy- kolejna bariera na drodze do twórczości w grze. W niektórych państwach wirtualnych partie nazywają się "partia szachów i pionków", "partia ludzi inteligentnych", w Mandragoracie Wandystanu powstał kiedyś nawet Komitet Wyborczy "Penigra". Wprowadzanie nieustannych ograniczeń nie jest najlepszym pomysłem na rozbudzanie aktywności graczy. Ponadto nie pozwala się partiom używać nazw, które byłyby skrótami nazw partii realnych. W Księstwie Sarmacji- wirtualnym państwie istniała przez około rok partia PPS, co było skrótem od Partii Pracy Sarmacji i jednoczesnym skojarzeniem z realną linią polityczną.<br /><br />- Kolejna rzecz to wulgaryzmy. Co jakiś czas widać informację o surowym zakazie ich używania pod groźbą sądu. Cóż, można twórcom jedynie zwrócić uwagę, że kultury politycznej nie da się zbudować zakazami i nakazami, ale jedynie na bazie autorytetów, które będą dbały o poziom debaty i będą promowały określone zachowania. Co więcej, wulgaryzmy czasami mogą być przydatne, jak np. w mikronacji <a title="Mandragorat Wandystanu" href="http://www.wandystan.only.pl/" id="qe8w">Mandragorat Wandystanu</a>, gdzie przeklnięcia stały się częścią dosadnej retoryki politycznej i są uważane za część wandejskiej kultury politycznej, z której mieszkańcy są dumni,<br /><br />- wybory odbywają się w każdą niedzielę, to dość często, a wybrane władze nie mogą decydować o zmianie niektórych zasad gry, co jest jednoznacznym odebraniem użytkownikom możliwości kreowania systemu gry, w przeciwieństwie do wirtualnych państw, które mają często dość elastyczne prawo. Można je zmieniać w ramach trwających nieustannie procesów politycznych. Partiom politycznym ogranicza się ilość wypowiedzi w dyskusjach na temat nowotworzonej ustawy, co również można potraktować jako ograniczanie aktywności graczy.<br /><br />- gry polityczne mają o wiele sztywniejsze reguły gry niż państwa wirtualne, właściwie państwa wirtualne, podobnie jak państwa rzeczywiste, są nastawione na nieustanną zmianę i większość reguł (a tak naprawdę reguły są określane przez stanowione prawo) może być zmieniona w procesie politycznym. W pewnych państwach zakres możliwych zmian jest większy, w innych mniejszy i z reguły pokrywa się z demokratycznością danego kraju- im większa możliwość udziału w stanowieniu o państwie obywateli, tym większa szansa na zmiany. Ponieważ np. wygrana partia może proponować nowe, zmienione pakiety ustaw itp.<br /></div><br /><a rel="license" href="http://creativecommons.org/licenses/by/2.5/pl/"><img alt="Creative Commons License" style="border-width: 0pt;" src="http://i.creativecommons.org/l/by/2.5/pl/88x31.png" /><br /></a><br /><br />Ten utwór jest dostępny na<br /><a rel="license" href="http://creativecommons.org/licenses/by/2.5/pl/">licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 2.5 Polska</a>.GDShttp://www.blogger.com/profile/17575324932896033122noreply@blogger.comtag:blogger.com,1999:blog-3531144283482831192.post-43909190720462177602007-11-07T18:53:00.000+01:002007-11-07T20:08:41.996+01:00Błędy nadmiernej fascynacji, czyli kilka słów o cyberobywatelach wg "Polityki"<div style="text-align: justify;">Czytam artykuł Marcina Kołodziejczyka "Cyberobywatele" z najnowszego numeru "Polityki" (10 listopada 2007). Zabieram się do niego niechętnie, bo już sam tytuł zdradza, że znowu będzie o wirtualnej przestrzeni, którą nie wiadomo czemu wciąż w Polsce odróżnia się od "realnej rzeczywistości" (idem per idem?). Gdyby zapytać kogoś, czy rozmowy telefoniczne to wirtualna rzeczywistość, zapewne odpowie, że to zupełna normalka, ale klikanie w serwisie społecznym (częściej nazywanym społecznościowym), to już alternatywne życie. I nie pomyliłem się. Zdjęcia w artykule zdradzają, że będzie cukierkowo. Bo każdy na zdjęciu uśmiechnięty (poza panem w windzie), choć zdjęcia naiwnie optymistyczne, emanujące technologiczną, bezkrytyczną fascynacją z daleka (a wiem, że bohaterowie zdjęć nie są bezkrytyczni, zatem <a href="http://www.kultura20.blog.polityka.pl">Mirek</a>, <a href="http://www.klimowicz.blox.pl">Marta</a>- jak mogliście "dać się tak pstryknąć"? ;) ).<br /></div><div style="text-align: justify;"><br /><a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://bp0.blogger.com/_vEkLs0dCuOg/RzIJQSpjsdI/AAAAAAAAAF8/gpPpgLqfbWE/s1600-h/polityka45okladka200.jpg"><img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://bp0.blogger.com/_vEkLs0dCuOg/RzIJQSpjsdI/AAAAAAAAAF8/gpPpgLqfbWE/s320/polityka45okladka200.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5130173101017117138" border="0" /></a>Niestety, nie pomyliłem się. Oto czytamy o obcokrajowcu, który przyjeżdża do Polski i zamiast poszukać znajomych w klubach, barach itp. siada do komputera, bo zawsze robi tak w nowym miejscu (a Amerykanie podobno zawsze jedzą w McDonalds'ie) i dostaje zaproszenie do goldenline- elitarnej społeczności szukających pracy, na których polują headhunterzy. Podobno goldenline jest elitarne, bo trzeba zostać doń zaproszonym i tego typu elitarność odpowiada wspomnianym głowołowcom. Na wszelki wypadek sprawdzam- i rzeczywiście- w goldenline jak był, tak jest i poprawnie działa formularz rejestracji. Żadne zaproszenie niepotrzebne więc nie wiem, jak to poszło do druku. Ale do tekstu pasowało jak ulał, bo wydaje mi się, że cały początek byłby mniej wciągający, gdyby napisać, że z goldenline może skorzystać każdy. Pomijam już, że goldenline ma podobno w 48 godzin pomóc mi w każdej sprawie, jaka mnie gryzie. Ale nie mogę pominąć odwołania się do "teorii sześciu kroków" zgodnie z którą od każdej osoby na świecie dzieli mnie tylko sześć podań ręki. Podobno jest to poparte szerokimi badaniami. Być może. Jak mawiają na kaszubskiej wsi "nie mówię, że nie". Przypominam sobie tylko, kiedy na własne potrzeby dwa lata temu "przebadałem" kilkudziesięciu najnowszych użytkowników grono.net (tam trzeba było mieć wówczas zaproszenie), żeby zobaczyć cały łańcuch łączący mnie z tymi użytkownikami i okazało się w większości przypadków, że... "brak połączenia". Zatem nie chodziło już o to, że kroków do konkretnej osoby było mniej lub więcej niż sześć, nie było ich wcale.<br /><br />Miło, że autor wspomniał o netykiecie, która rzekomo "poszerza granice grzeczności", m.in. w komunikacji przez gadu gadu. Chciałbym spotkać internautę, który poza tym, że wie o istnieniu netykiety, zna jej zasady i się do nich zawsze stosuje. No i przykład rozmowy via gg też jest świetny, ale przytaczać nie będę, dla korzystających z "gada" to żadna nowość, a jedynie zapychacz wiersza w tekście. Zgodzić się również nie mogę z zacytowanym tekstem Mirosława Filiciaka (domyślam się, że jest wyrwany z kontekstu), jakoby ze względu na to, że gg to komunikacja asynchroniczna, nie jest ważne co piszemy, ale że w ogóle się odzywamy. Mail też jest asynchroniczny i gdyby ktoś pisał do mnie tylko dwuwyrazowe zawołania okraszone emotikonem, szybko "dałbym mu bana". Zatem problem raczej nie w samej asynchroniczności.<br /><br />Podobno im więcej mamy nazwisk w kontaktach, najlepiej w serwisach, gdzie jest to widoczne, tym lepiej. Spełnia to niby rolę kreacyjną. Możemy wydawać się np. bardziej inteligentni. Może i niektórzy tak uważają. Osobiście nie przyjmuję zaproszeń od osoby, która "zna" już sto pięćdziesiąt innych osób. Pisanie maila raz na cztery lata nie upoważnia do zostania moim znajomym.<br /><br />No i tekst o "e-śmierci", kiedy nikt nas już nie chce w sieci czytać, ani komentować naszych wpisów na blogu, forum itd. Czyli kolejna próba dowodu, że sieć jest wyjątkowym miejscem, oderwanym od prawdziwego świata, choć moim zdaniem jest jego najzwyczajniejszą częścią. A ciągłe zachwalanie sieciowych możliwości i zawyżanie rangi sieciowej komunikacji jest chyba jedynie wyrazem naszych kompleksów. To właściwie zrozumiałe, kiedy rówieśnicy z Ameryki korzystali z Macintoshy i IBM PC, my nie mogliśmy spać, śniąc o Commodore 64. Ale sami niepotrzebnie napędzamy nasze słabości, które w dużej mierze są już fikcyjne.<br /><br />Zgodzić się też nie mogę, że internet przestał być anarchistyczny i jest e-demokratyczny (dobrze, że autor używa magicznego symbolu "e-" i zrezygnował ze znaku popularnej "m@łpy"). Właśnie skrajny demokratyzm- zezwolenie niemal wszystkim na zabieranie głosu, niemożność narzucenia swojej woli innym, to jak najbardziej anarchistyczne cechy. Nie wiadomo czemu dziwaczna e-demokracja miałaby być lepsza od anarchistycznych pomysłów, które są na wskroś demokratyczne, demokratyczne bezpośrednio. Inna sprawa, że sny o całkowicie anarchistycznym medium możemy włożyć między bajki.<br /><br />Uczepiłem się, ale jeszcze przynajmniej jedno. Autor próbuje nam wmówić, że "nadchodzi koniec mediów tworzonych przez zawodowe redakcje". Oczywiście zastąpią je "dziennikarze społeczni" (to oni nie są już obywatelscy?). Proponuję autorowi zajrzeć do największych portali i serwisów informacyjnych, np. tvn24.pl i pokazać mi owych społecznych dziennikarzy. Niestety, ale zdanie mam zupełnie inne. O ile oddolne dziennikarstwo (jeśli to rzeczywiście jest dziennikarstwo, dla mnie nazwa nie ma znaczenia) jest istotne i sam cieszę się ze swobody publikowania, to jednak jestem pełen obaw i wydaje mi się, że po spopularyzowaniu internetu i upowszechnieniu oraz spowszednieniu sieci tak, jak obecnie powszechne są choćby telewizory, większość społeczeństwa, choć będzie sięgać do różnych źródeł informacji, wybierze często te sprawdzone, profesjonalne.<br /><br />Co jeszcze mogę zanegować? Na przykład "adhokrację", która zdaniem autora służy do wymiany poglądów i szybkiego wydawania werdyktów za lub przeciw jakiemuś nowo opublikowanemu utworowi. Dla mnie demokracja ad hoc, to swobodne zrzeszanie się, skupianie wokół konkretnych tematów i problemów i później szukanie kolejnych interesujących sieciowych miejsc. O głosowaniu nie musi być mowy.<br /><br />O przedstawionych w artykule naiwnych mitach na temat sieciowego zarabiania, pisać mi się najzwyczajniej nie chce. Pokażcie mi, ilu ludzi dorobiło się na kopiowaniu społecznych pomysłów ze Stanów...<br /><br />Szczerze mówiąc, dziwię się, że "Polityka", która w moich oczach była pismem podchodzącym do spraw sieci bardzo rzetelnie i krytycznie (teksty <a href="http://www.bendyk.blog.polityka.pl">Edwina Bendyka</a> czytam zawsze z zaciekawieniem), zdecydowała się na publikację naiwnego artykułu, który wiele spraw upraszcza i jest nie do końca rzetelny. Zdaję sobie sprawę, że społeczne aspekty sieci trudno opisać w jednym tekście, ale może jest to temat za obszerny i za trudny do jednej publikacji. W każdym razie życzę autorowi przyszłych sukcesów i więcej krytycznego podejścia do nowych technologii. Czekam na kolejne teksty, które obiecuję również dokładnie przestudiować.<br /><br />Mam nadzieję, że krytycy wybaczą mi, jeśli powyższe litery składają się na zjadliwy komentarz, ale złośliwy być nie zamierzałem. Obawiam się, że nasze zakochanie w internetowych społecznościach może nam zbyt łatwo zamydlić oczy i odebrać krytyczny rozum, który w przypadku sieciowej komunikacji jest potrzebny jak nigdy dotąd...<br /></div><br /><br /><a rel="license" href="http://creativecommons.org/licenses/by/2.5/pl/"><img alt="Creative Commons License" style="border-width: 0pt;" src="http://i.creativecommons.org/l/by/2.5/pl/88x31.png" /><br /></a><br /><br />Ten utwór jest dostępny na<br /><a rel="license" href="http://creativecommons.org/licenses/by/2.5/pl/">licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 2.5 Polska</a>.GDShttp://www.blogger.com/profile/17575324932896033122noreply@blogger.comtag:blogger.com,1999:blog-3531144283482831192.post-5137708096169529042007-11-06T09:31:00.000+01:002007-11-06T14:12:27.271+01:00plagiat i (nowe) media<div style="text-align: justify;">Dzisiejsi uczniowie i studenci, którzy należą już do tzw. "generacji sieci", a ta, jak przekonuje autor w jednym tekstów zbioru <a href="http://www.educause.edu/educatingthenetgen">"Educating the Net Generation"</a> zaczyna się od urodzonych w 1982 roku, potrafią w większości biegle posługiwać się komputerem. Korzystają z sieci, gdzie nie tylko tworzą alternatywne światy, zawiązują kontakty społeczne, podtrzymują znajomości realne, ale również publikują swoje wytwory, zbudowane często w oparciu o fragmenty innych dzieł, znalezionych w internecie. Korzystając z sieciowych usług lub biurkowych programów do edycji tekstu, dźwięku, zdjęć, grafiki i wideo, komponują, traktując kulturę jako zasób tekstów, które można poddać obróbce. Wielokrotnie nie traktują poważnie prawa autorskiego, które- nie da się ukryć- nie przystaje w obecnej formie do możliwości i potrzeb współczesnego świata.<br /></div><div style="text-align: justify;"><br /><a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://bp3.blogger.com/_vEkLs0dCuOg/RzAvDipjsaI/AAAAAAAAAFk/1T6gRBcghQw/s1600-h/plagiat1.jpg"><img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://bp3.blogger.com/_vEkLs0dCuOg/RzAvDipjsaI/AAAAAAAAAFk/1T6gRBcghQw/s320/plagiat1.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5129651713462219170" border="0" /></a>Uczniowie i studenci nie wykorzystują nowych narzędzi tylko do kreacji na własne potrzeby, poświęcając się własnym pasjom dla przyjemności. Doskonale wiedzą, że w sieci można znaleźć gotowe prace zaliczeniowe, za które czasami trzeba zapłacić, ale równie często można je ściągnąć za darmo. Wystarczy tylko zmienić nazwisko autora i... gotowe. Pracę podają jako swoją, a nieświadomi, w dużej mierze, nauczyciele i wykładowcy, akceptują przedstawione im wypowiedzi lub- to ci nieinternetowi- sprawdzają czy nie popełniono plagiatu w tzw. "gotowcach".<br /><br />Osobiście wiele razy zetknąłem się z problemem, kiedy wymagałem jeszcze od studentów pisania esejów. Teraz tego nie robię. Notoryczne przykłady "cytowania bez cytatu" i podawania się za autora nie swojego tekstu, zniechęciły mnie dostatecznie. Jedna studentka pięć razy, na pięć różnych tematów prac przynosiła mi posklejane teksty. To się nazywa upartość, prawda? Być może warto to nazwać głupotą, ale może to jest niezrozumienie, na czym polega samodzielna praca? Może w odczuciu wychowanych przy i w komputerach ludzi, samodzielna praca to np. odszukanie informacji, a może kilku różnych tekstów i złożenie ich w całość, którą, być może ich zdaniem słusznie, można podpisać jako własny wytwór? W końcu kompozycja spisu lektur jest chroniona prawem autorskim. Dlaczego nie chronić remiksu, zbudowanego z kilku cudzych tekstów? Co naprawdę myślą studenci, nie wiem.<br /><br />Z ciekawych "smaczków" mogę podać jeszcze jeden. Bo oszukiwać (o ile w odczuciu studentów, jak pisałem wyżej, jest to rzeczywiście oszustwo) trzeba z głową. Nie raz dostawałem prace, których akapity były pisane różną czcionką, czasami z różną wielkością liter i nawet kolorem tekstu. Zastanawiałem się, czy przypadkiem nie jest to sposób na powiedzenie mi "pan jest idiotą". Kto wie. Ale rekordem była niejednorodna graficznie praca, która na dodatek urywała się w pół zdania, w pół wyrazu. Czasami warto spojrzeć, czy dobrze zaznaczyliśmy tekst do skopiowania...<br /><br />Po co to właściwie piszę? Otóż zacząłem się zastanawiać, czy zamiast wyłącznie tępić zjawisko plagiatu, nie powinniśmy podejść do niego z innej strony. Pomijam już fakt, że stosowany na uczelniach program "plagiat", który sprawdza samodzielność pisania prac magisterskich, m.in. na podstawie oceny jaki jest procentowy udział cytatów (zaznaczonych!) w pracy, decyduje, czy praca jest samodzielna. Podobno na Wydziale Prawa i Administracji UG studenci drżą, kiedy praca sprawdzana jest przez program (spróbujcie nie cytować w pracy odpowiednich aktów prawnych). I od studentów, znajomych z akademika, gdzie kiedyś mieszkałem, wiem o przypadkach, kiedy promotor pracy po otrzymaniu wyniku z "plagiatu", bez konsultacji z magistrantem, kazał przychodzić do siebie jeszcze przez następny rok na seminarium...<br /><br />Zatem jak można coś zmienić? Po pierwsze: może powinniśmy zmienić naukę pisania logicznych wypowiedzi. Może przydałyby się w szkole i na studiach warsztaty z pisania klasycznych tekstów? Gdzie uczono by młodych ludzi jak formułować własne myśli, korzystając ze (starego) medium, jakim jest pismo. Jak miałyby owe warsztaty wyglądać- nie wiem. Na pewno musiałyby się opierać na własnej pracy podczas zajęć. Bo po zajęciach wiadomo: "ctrl+c, ctrl+v". Szczerze mówiąc, nie przypominam sobie ani w szkole, ani na studiach, by ktoś próbował mnie uczyć pisemnego wypowiadania się. Szkołą tego nie robi. Gdzieś tam przewija się rozprawka, ale co to za uczenie, jeśli już za pierwszą wypowiedź można najzwyczajniej w świecie dostać "pałę", nie dowiadując się , co było nie tak.<br /><br />Druga możliwość, która mogłaby być promowana równolegle do pierwszej, to wykorzystanie umiejętności młodych ludzi do sklejania wypowiedzi z różnych mediów. Skorzystajmy z faktu, że potrafią miksować, a jeśli nie potrafią, to na pewno przy takiej formie zaliczania zajęć lepiej się czują. Media to żywioł "pokolenia sieci". Zdaję sobie sprawę, że nie wszystkie zajęcia dałoby się zaliczyć (na pewno nie wszystkie?), przygotowując w grupach (w grupach "pokolenie sieci" podobno pracuje najlepiej) hipermedialne wypowiedzi, multimedialne narracje. Być może dlatego postanowiłem odejść od dotychczasowych wymagań i zamiast linearnej prezentacji w Powerpoincie lub Openoffice, zaproponowałem studentom tworzenie przez dwa miesiące kolektywnych, tematycznych blogów, w których mają wykorzystać różnorodne media. Czy pomysł jest sensowny? To się okaże po zaliczeniu, kiedy grupy, z moją pomocą, będą się wzajemnie oceniać.<br /><br />Moim zdaniem trzeba odejść od jednostronnego postrzegania plagiatu i zastanowić się, czy wina za zjawisko nie tkwi w nas- nauczycielach, wykładowcach i w kulturowych przemianach, które nieustannie są nam fundowane przez media. Problem będzie narastał, bo nawet jeśli jesteśmy uczciwi, ogromny przyrost informacji może zaowocować również przyrostem oskarżeń o plagiat. Może czas wrócić naprawdę do standardów epoki oralnej i zdetronizować romantycznego autora? Dzisiaj jedynie zasygnalizowałem problem. Może kiedyś uda mi się na ten temat napisać, powiedzieć, albo zmiksować więcej...<br /><a rel="license" href="http://creativecommons.org/licenses/by/2.5/pl/"><br /><img alt="Creative Commons License" style="border-width: 0pt;" src="http://i.creativecommons.org/l/by/2.5/pl/88x31.png" /><br /></a><br /><br />Ten utwór jest dostępny na<br /><a rel="license" href="http://creativecommons.org/licenses/by/2.5/pl/">licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 2.5 Polska</a>.<br /></div>GDShttp://www.blogger.com/profile/17575324932896033122noreply@blogger.comtag:blogger.com,1999:blog-3531144283482831192.post-19160267310045103112007-10-26T11:19:00.000+01:002007-11-08T18:58:11.217+01:00Pytań o pedagogikę medialną ciąg dalszy<div style="text-align: justify;">Pedagogika medialna w Polsce to bardzo mocna ugruntowana instytucjonalnie przestrzeń naukowego dociekania. Mówię o instytucjonalnym osadzeniu, bo faktycznie jest tak, że poza bogatą (i ważną) tradycją istnienia katedr i zakładów w uniwersytetach, polska szkoła pedagogiki mediów pozostaje wciąż w objęciach pewnego sposobu myślenia określanego jako technologia kształcenia. Ma to swój wyraz w publikacyjnym dorobku tej dyscypliny.<br />To o głównym nurcie pedagogiki medialnej-w skrócie. Teraz o obrzeżach (niestety).<br />Problem polega na tym, że w Polsce wyraźnie ścierają się dwie perspektywy myślenia o edukacji medialnej (optyka pedagoga medialnego). Pierwszą krótko scharakteryzowałem. Druga reprezentowana jest przez grupę pedagogów, pozostających na uboczu, wyraźnie niekorespondujących ze stylem “tradycyjnej” pedagogiki mediów. To oni nawiązują do najnowszych trendów w pedagogice w ogólności, to oni nawiązywali do tekstów, które “otwierały” przestrzeń medioznawczego myślenia w pedagogice na początku lat 90-tych (Gregory Ulmer, David Trend)<br />I tutaj wracamy do źródła problemu. Bez teoretycznego zaplecza sens organizowania konferencji dla nauczycieli (<a href="http://pracownia54.blogspot.com/2007/10/edukacja-medialna-bez-pedagogiki.html">Edukacja Medialna bez pedagogiki</a>) jest wątpliwy (wątek “przydatności” wiedzy teoretycznej w kształceniu nauczycieli był wielokrotnie dyskutowany w literaturze pedeutologicznej-wymowna jest tutaj, bardzo mocno eksploatowana publikacyjnie, kategoria “transformatywnego intelektualisty”, opisana po raz pierwszy przez H.Giroux, w Polsce m.in: J.Rutkowiak, H.Kwiatkowska).<br />Wątpliwości związane z pytaniem (pytaniami?) o wartość teoretycznego namysłu w procesie “edukowania” medialnego to również część mojej autobiografii naukowej i dydaktycznej. Kilkuletnie doświadczenie w kształceniu różnej maści nauczycieli pozwala na próbę uogólnienia i generalizacji: im mniej instrumentalnych, algorytmicznych i instruktażowych strategii dydaktycznych, tym lepszy efekt długofalowy…</div>Damian Muszyńskihttp://www.blogger.com/profile/11747247566632630802noreply@blogger.comtag:blogger.com,1999:blog-3531144283482831192.post-16183622101579833832007-10-26T10:45:00.000+01:002007-11-08T18:56:06.771+01:00Edukacja medialna bez pedagogiki<div style="text-align: justify;">Konferencja Edukacja Warszawska 2.0, która odbyła się 16 października była niewątpliwym wydarzeniem, choć sam pomysł "robienia" edukacji medialnej bez teoretycznego zaplecza jest kontrowersyjny i budzi moje wątpliwości.<br />Prezentacje uczestników miały bowiem głównie charakter relacji z obserwacji “czegoś” lub uczestniczenia w “czymś”, vide: projekt wolne podręczniki, wikimedia, moodle. To trochę za mało, żeby sygnować wydarzenie (skądinąd potrzebne i ciekawe) szyldem edukacja medialna (z akcentem na edukacja).<br />Próba budowania teoretycznej bazy pomysłu "Edukacja 2.0" na pracach Jenkinsa zubaża dyskusję. Warto byłoby sięgnąć po kategorie opisu “edukacyjnej przestrzeni mediów”, kategorie, które w pedagogice pojawiły się już kilkadzięsiąt lat temu (pedagogika krytyczna, alternatywna, radykalna - Giroux, McLaren, Illich), czy też 'poczytać polskich pedagogów" - koniecznie: Szkudlarek i jego “Media…” (doskonale opisana kategoria zapośredniczenia)<br />Nie chcę w ten sposób powiedzieć, że “niepedagogiczna” perspektywa rozmowy o edukacji medialnej nie jest potrzebna. Wręcz przeciwnie. Trzeba jednak pamiętać o tym, żeby nie pozostać w połowie drogi-między “praktycznymi” implementacjami a teoretyczną (pedagogiczną?) dyskusją.</div>Damian Muszyńskihttp://www.blogger.com/profile/11747247566632630802noreply@blogger.comtag:blogger.com,1999:blog-3531144283482831192.post-18218098187190736642007-10-21T07:49:00.000+01:002007-10-21T08:51:04.212+01:00World Simulation Project<div style="text-align: justify;"><a href="http://www.ksu.edu/sasw/anthro/wesch.htm">Michael Wesch</a> raz jeszcze. Wciąż w kręgu nowych potrzeb studentów i nowych możliwości rozruszania skostniałego uniwersytetu (przypomnijcie sobie koniecznie film Wescha <a href="http://pl.youtube.com/watch?v=6gmP4nk0EOE">"Web 2.0 ... The Machine is Us/ing Us</a>")<br /><br />W ramach zajęć "Wprowadzenie do antropologii kulturowej" Wesch zorganizował studentom dość <a href="http://mediatedcultures.net/worldsim.htm">nietypowe zajęcia</a>. Postanowił, że dwustu osobowa grupa studentów nie będzie jedynie wysłuchiwać nudnych wykładów. Studentom, którzy pochodzą z różnych grup społecznych, w większości nie wyjeżdżali poza Stany, a w dużej liczbie poza samo Kansas, potrzeba czegoś więcej. Potrzeba im samodzielnego nauczenia się skomplikowanych międzykulturowych relacji, co przyda im się w codziennym życiu.<br /><br /><object height="355" width="425"><param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/SXnWmu6xdpc"><param name="wmode" value="transparent"><embed src="http://www.youtube.com/v/SXnWmu6xdpc" type="application/x-shockwave-flash" wmode="transparent" height="355" width="425"></embed></object><br /><br />Wesch postanowił wdrożyć swoją filozofię anty-nauczania, która polega na odejściu od nadzorowanego przekazu na rzecz wspólnego dochodzenia do wniosków, dyskusji i przede wszystkim stawiania pytań. Bo stawianie pytań jest według Wescha bardzo ważne, czasami nawet ważniejsze od odpowiedzi. A najbardziej wartościowe są pytania, na które lepiej nie udzielać odpowiedzi, bo zapewne byłyby to odpowiedzi głupie, pytania, na które odpowiada się kolejnymi pytaniami. Wesch nie uważa, że jego "anti- teaching philosophy" jest ważniejsza od typowego nauczania. To jego propozycja, która ma być rodzajem uzupełnienia dla klasycznych uniwersyteckich metod, to wyjście poza kanon, który nie zawsze przystaje do otaczającej rzeczywistości, o czym przekonywali studenci w poprzednio zaprezentowanym filmie.<br /><br />Koniec wprowadzenia, co zrobił Wesch? Stworzył mapę sztucznego świata, która w pewnym stopniu miała być odpowiednikiem "naszej" mapy i "naniosł" ją na studentów, zmuszając do podzielenia się na 15-20 podgrup, po 12-20 osób każda. Trzy tygodnie przed końcem semestru grupy przedstawiały etnografie swoich sztucznych kultur i wtedy Wesch zabrał się do pracy nad konstruowaniem symulacji świata.<br /><br />Sama symulacja trwała krótko- kilkadziesiąt minut, podczas których grupy kontaktowały się ze sobą, wymieniały, spierały, emigrowały. Nie będę się rozpisywał. Dokładniejsze informacje znajdziecie w: <a href="http://mediatedcultures.net/wsphilosophy.htm">basic philosophy</a>, <a href="http://mediatedcultures.net/wssetup.htm">the setup</a> i <a href="http://mediatedcultures.net/wsrules.htm">rules&objectives</a>.<br /><br />Co mnie ciekawi w symulacji Wescha i jego studentów? Do podobnych sumulacji wspaniale nadaje się internet. Nie ma potrzeby, by budować kilkanaście nowych społeczności, które nawiążą relacje tylko na godzinę podczas zajęć (to uproszczenie, jak podsumował jeden ze studentów Wescha: "tworzenie świata zabrało nam trzynaście tygodni, zniszczymy go w godzinę"). Zapewne doświadczenie studentów z Kansas było wspaniałe, ale krótkie, epizodyczne, uświadamiające złożoność świata, ale na pewno w pewnym sensie powierzchowne. Nie ukrywam, że sam zamierzałem skonstruować ze studentami podobną symulację, kiedy zaproponowałem fakultatywne zajęcia "konstruowanie wirtualnych przestrzeni edukacyjnych". Niestety, zapisało się tylko pięć osób i zajęcia nie pojawiły się w grafiku.<br /><br />Zamierzałem wspólnie ze studentami skonstruować mikronację- wirtualne państwo, skupiające się głównie na aktywności edukacyjnej, budowane przez oddolne działania obywateli. Tworzące od zera prawo, instytucje, politykę, gospodarkę i działalność zewnętrzną. W przeciwieństwie do symulacji Wescha, nie byłoby potrzeby tworzenia kilkunastu odrębnych kultur, ale jedno państwo, które miałoby możliwość budowania interakcji z v-państwami już istniejącymi, o wiele bardziej zróżnicowanymi kulturowo, politycznie i gospodarczo niż tworzone krótko na potrzeby zajęć społeczności studentów Wescha.<br /><br />Tak skonstruowane państwo świetnie przyczyniłoby się do kontynuowania symulacji świata, bo taka symulacja odbywa się już w przestrzeni polskich państw wirtualnych. Utworzone państwo nawiązałoby stosunki z innymi państwami, włączając się w wir nieustannej v-międzynarodowej symulacji. Symulacji, która wcale nie była zamierzona, ale zaczęła się rozwijać wraz z rozwojem samych państw wirtualnych, które początkowo samodzielne, zaczęły budować kolejne ciekawe obszary swojej aktywności w oparciu o politykę zagraniczną. Relacje pomiędzy mikronacjami, spory, sojusze, przyjaźnie, wojny i akcje pokojowe na nowo odkrytych kontynentach mają bardzo długą historię. Rewolucja i oderwanie <a href="http://www.wandystan.only.pl/">Mandragoratu Wandystanu</a> od <a href="http://www.sarmacja.org/">Księstwa Sarmacji</a>, spór sarmacko-scholandzki, wybór nowego papieża w <a href="http://rotria.boo.pl/news.php">Rotrii</a>- państwie kościelnym, <a href="http://pl.youtube.com/watch?v=qwNl2JDpkwA">powstanie Gnomów</a> w <a href="http://www.scholandia.org/">Królestwie Scholandii</a>, prowadzące do utworzenia <a href="http://gnomia.scholandia.pl/news.php">Wysokogórskiej Republiki Elfidy</a>, czy też zamach stanu w <a href="http://austro-wegry.strefa.pl/main.php">Monarchii Austro- Węgier</a>, kłótnia o kolonie na ziemi niczyjej, a może załamanie międzynarodowej debaty w <a href="http://www.opm.yoyo.pl/">Organizacji Polskich Mikronacji</a>- wirtualnym ONZ, którego część członków, nie mogąc znieść uprzywilejowania Rady Stałej, utworzyła nową organizację? A to tylko drobna część wydarzeń. Szczegółowy opis v-międzynarodowej sytuacji to zadanie na, być może kolejny, dłuugi tekst... Mam jednak nadzieję, że moja wizja zbudowania w pewnym sensie badawczej mikronacji kiedyś się spełni. Może podczas zajęć skuszą się studenci, a może ktoś z czytelników byłby zainteresowany współpracą? Wachlarz możliwości jest olbrzymi...<br /><br />O mikronacjach możecie poczytać mój wcześniejszy post "<a href="http://pracownia54.blogspot.com/2007/05/mikronacje-pastwa-ktrych-nie-ma.html">Mikronacje- państwa, których nie ma?"</a> i tekst Piotra Siudy <a href="http://pracownia54.blogspot.com/2007/09/mikronacje-w-zwierciadle-socjologii.html">"Mikronacje w zwierciadle socjologii"</a><br /><br /></div><br /><!--Creative Commons License--><a rel="license" href="http://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0/deed.pl"><img alt="Creative Commons License" style="border-width: 0pt;" src="http://i.creativecommons.org/l/by-sa/3.0/88x31.png" /></a><br />Ten utwór jest dostępny na <a rel="license" href="http://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0/deed.pl">licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska</a>.<!--/Creative Commons License--><!-- <rdf:rdf xmlns="http://web.resource.org/cc/" dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" rdf="http://www.w3.org/1999/02/22-rdf-syntax-ns#" rdfs="http://www.w3.org/2000/01/rdf-schema#"><br /> <work about=""><br /> <license resource="http://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0/deed.pl"><br /> <dc:type resource="http://purl.org/dc/dcmitype/Text"><br /> </work><br /> <license about="http://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0/deed.pl"><permits resource="http://web.resource.org/cc/Reproduction"><permits resource="http://web.resource.org/cc/Distribution"><requires resource="http://web.resource.org/cc/Notice"><requires resource="http://web.resource.org/cc/Attribution"><permits resource="http://web.resource.org/cc/DerivativeWorks"><requires resource="http://web.resource.org/cc/ShareAlike"></license></rdf:RDF> -->GDShttp://www.blogger.com/profile/17575324932896033122noreply@blogger.comtag:blogger.com,1999:blog-3531144283482831192.post-35768650078635437382007-10-20T18:01:00.000+01:002007-10-21T08:51:26.908+01:00współcześni studenci<div style="text-align: justify;"><div style="text-align: justify;">Jacy są dzisiejsi studenci? Najlepiej zapytać ich samych. Zrobił tak profesor <a href="http://www.ksu.edu/sasw/anthro/wesch.htm">Michael Wesch</a>, <a href="http://mediatedcultures.net/ksudigg/?p=119">tworząc wspólnie z dwustoma studentami czterominutowy film</a>. Jak się uczą, a jak chcieliby się uczyć? Co jest dla nich ważne? Co nie podoba im się w dzisiejszym świecie? Tego można dowiedzieć się z filmu.<br /></div><br /><object height="355" width="425"><param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/dGCJ46vyR9o"><param name="wmode" value="transparent"><embed src="http://www.youtube.com/v/dGCJ46vyR9o" type="application/x-shockwave-flash" wmode="transparent" height="355" width="425"></embed></object><br /><br />Mnie najbardziej poruszył sposób przygotowywania wideo, a przynajmniej fragment tego procesu- planowanie kolektywne przy użyciu google docs, na którym od niedawna tworzę wszystkie swoje teksty, zupełnie uniezależniając się od systemu operacyjnego i pakietu biurowego. Można oczywiście zarzucić mi, że oddaję się w łapy złego google. Cóż, ostatnio staję się coraz bardziej pragmatyczny i staram się łączyć mniejsze zło z wygodą. Google docs jest dla mnie o tyle interesujące, że podczas zajęć "edukacyjne zastosowanie komputerów" prezentuję studentom możliwości kolektywnego wytwarzania dokumentów. Trzeba przyznać, że studenci podchodzą do narzędzia kreatywnie i kilka studentek, które miały za zadanie sprawdzić możliwości wspólnego edytowania tekstu, zamieniło stronę dokumentu w czat- rozmawiały "sobie" podczas zajęć przez edytor tekstów, siedząc przy różnych komputerach ;)<br /><br />Google dokumenty to tylko powierzchowny objaw o wiele bardziej poważnego zjawiska. Studenci i profesor skorzystali z niego zapewne, bo łatwiej w ten sposób zmieniać wspólny wytwór niż umówić się na wspólne spotkanie, podczas którego nie sposób byłoby się porozumieć (dwustu studentów plus profesor... życzę zdrowia), ale również trudno byłoby oderwać studentów od ich laptopów. Kolektywna praca to tylko dowód zmiany technologicznej, ale i zmiany w nawykach uczenia. Zwracają na to uwagę studenci, podając w filmie dane na temat przeczytanej rocznie liczby książek i jednocześnie informując, ile przeczytali interenetowych stron. Próbując podać w procentach, ile z wiedzy przyswajanej na uniwersytecie ma związek z ich życiem. Niestety, mało tej wiedzy. A od dzisiejszej uczelni na pewno nie oczekuje się obecnie, że będzie uczyła abstrakcji, która za murami szkoły okaże się zupełnie nieprzydatna.<br /><br />Być może czas zmienić uniwersytety? Powoli zmiana zachodzi. Wykładowcy mają elektroniczne skrzynki pocztowe (jak to strasznie brzmi, oczywiście chodzi o "imejle"), niektórzy pisują blogi, czego przykładem jest pracownia54, wrzucają materiały do zajęć na platformę edukacyjną, np. moodle. Ale i tak większość zajęć odbywa się w akademickich salach... Czy zmiana jest możliwa? I czy możliwa jest zmiana z zachowaniem uniwersyteckich korzeni i wartości, przy jednoczesnym dopasowaniu do zmienionych realiów? Czy uniwersytet jutra będzie tylko reliktem przeszłości, albo czymś zupełnie niepodobnym do dzisiejszej szkoły wyższej, a może uda się połączyć uniwersytecką elitarność i wysokie intelektualne loty z potrzebami otaczającej rzeczywistości, w tym rzeczywistości młodych ludzi, którzy czasami woleliby konsultacje na gadu gadu, skype, albo wspólne tworzenie wiki na zaliczenie? Czas pokaże. Ale sporo zależy od nas. Na pewno nie zaszkodzi stawiać (niewygodnych?) pytań...<br /><br /><!--Creative Commons License--><a rel="license" href="http://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0/deed.pl"><img alt="Creative Commons License" style="border-width: 0pt;" src="http://i.creativecommons.org/l/by-sa/3.0/88x31.png" /></a><br />Ten utwór jest dostępny na <a rel="license" href="http://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0/deed.pl">licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska</a>.<!--/Creative Commons License--><!-- <rdf:rdf xmlns="http://web.resource.org/cc/" dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" rdf="http://www.w3.org/1999/02/22-rdf-syntax-ns#" rdfs="http://www.w3.org/2000/01/rdf-schema#"><br /> <work about=""><br /> <license resource="http://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0/deed.pl"><br /> <dc:type resource="http://purl.org/dc/dcmitype/Text"><br /> </work><br /> <license about="http://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0/deed.pl"><permits resource="http://web.resource.org/cc/Reproduction"><permits resource="http://web.resource.org/cc/Distribution"><requires resource="http://web.resource.org/cc/Notice"><requires resource="http://web.resource.org/cc/Attribution"><permits resource="http://web.resource.org/cc/DerivativeWorks"><requires resource="http://web.resource.org/cc/ShareAlike"></license></rdf:RDF> --><br /></div>GDShttp://www.blogger.com/profile/17575324932896033122noreply@blogger.comtag:blogger.com,1999:blog-3531144283482831192.post-35438856359631551082007-09-23T19:41:00.000+01:002007-09-23T19:55:25.069+01:00Zmiany, zmiany, zmiany<div style="text-align: justify;">Witajcie po długiej przerwie. Kilka tygodni ciszy w przypadku serwisu poświęconego refleksji o (nowych) mediach, to niezły szmat czasu. Część z nas przygotowuje się do nowego roku akademickiego (do pracy po bezpiecznej i niebezpiecznej stronie igły ;) )- paradoksalnie końcówka września to bardzo pracowity okres dla akademików- część zajęta jest pracą, m.in. przygotowywaniem nowego cyklu spotkań o nowych mediach, które roboczo określiliśmy nazwą <span style="font-weight: bold;">p54</span> - w październiku odbędą się warsztaty, podczas których przygotujemy "k2.0 edu-starter"- a także przygotowywaniem... nowej wersji serwisu.<br /><br />Przenosimy się na Wordpress- Marcin Wilkowski grzebie właśnie w kodzie i szykuje nowe ubranko dla nowych wpisów. A niebawem będziemy dostępni pod <a href="http://www.pracownia54.org">nowym adresem</a>. O przeprowadzce powiadomimy niedługo.<br /><br />Nie zapominajcie o nas, bo będziemy pisać jeszcze więcej i jeszcze lepiej i, podobnie jak Leszek M., jeszcze nie skończyliśmy...<br /></div>GDShttp://www.blogger.com/profile/17575324932896033122noreply@blogger.comtag:blogger.com,1999:blog-3531144283482831192.post-29798250018702587252007-09-06T19:45:00.000+01:002007-09-06T19:49:11.430+01:00Konferencja w Kielcach<div style="text-align: justify;">13 września zapraszam wszystkich do Kielc na <a href="http://www.sceno.edu.pl/content.php?cms_id=1343&sid=1cd68af7d8d2478aed98a424ce589818">II Konferencję Naukową „Rola informatyki w naukach ekonomicznych i społecznych”</a>. To naukowe spotkanie organizuje <a href="http://www.sceno.edu.pl/index.php">SCENO – Świętokrzyskie Centrum Edukacji na Odległość</a>, a odbędzie się ono w <a href="http://www.wsh-kielce.edu.pl/">Wyższej Szkole Handlowej</a>.<br /></div><br /><a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://www.sceno.edu.pl/index.php"><img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://bp3.blogger.com/_HCixBs3tLQ8/RuBJS8MCXqI/AAAAAAAAANE/lsKxQ0v9lhM/s320/Image1.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5107162567181229730" border="0" /></a> <p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"><a href="http://www.sceno.edu.pl/cms_tmp/1343_II%20Konferencja%20SCENO%20-%20program.pdf">Tematyka konferencji</a> wydaje się interesująca dla każdego badacza społecznych aspektów Internetu. Jak informowali e-mailowo organizatorzy otrzymali oni około 100 artykułów naukowych, z których wyselekcjonowali około 60. Ja sam wystąpię z tym, o czym <a href="http://pracownia54.blogspot.com/2007/09/mikronacje-w-zwierciadle-socjologii.html">pokrótce pisałem w poprzednim poście</a>, czyli postaram się wykazać, że v-państwa są niezwykle interesującym obszarem badawczym dla socjologów. Podczas referatu wspomnę, że zająć się nimi powinni również pedagodzy (edukacyjne aspekty, o których pisze Grzesiek) czy psycholodzy. Mogliby oni, np. zająć się kwestią tego, czy uczestnictwo w mikronacjach <span style="">pomaga w zaspokojeniu wielu potrzeb psychicznych, które niełatwo zrealizować w fizycznym świecie: dominacji, panowania, doznawania awansu społecznego. Referat, który wygłoszę zatytułowany będzie </span>„Wirtualne państwa w zwierciadle nauk społecznych. Dlaczego warto badać mikronacje internetowe?”<span style=""><o:p></o:p></span></p> <div style="text-align: justify;"> </div> <p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"><span style="">Jeśli we wrześniu, a dokładnie 13 (ale data!!) nudzicie się, a dodatkowo macie zbędną gotówkę i przede wszystkim ochotę na wyjazd do Kielc, to przyjeżdżajcie. Zapraszam w imieniu swoim i organizatorów.</span></p><a rel="license" href="http://creativecommons.org/licenses/by/2.5/pl/"><img alt="Creative Commons License" style="border-width: 0pt;" src="http://i.creativecommons.org/l/by/2.5/pl/88x31.png" /> </a><br />Ten utwór jest dostępny na <a rel="license" href="http://creativecommons.org/licenses/by/2.5/pl/">licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 2.5 Polska</a>.Piotr Siudahttp://www.blogger.com/profile/15831959908317307053noreply@blogger.comtag:blogger.com,1999:blog-3531144283482831192.post-74602129950344440352007-09-05T08:56:00.001+01:002007-09-05T11:28:51.485+01:00"wypożycz" ibuka<div style="text-align: justify;"><a href="http://www.pwn.pl/">PWN</a> udostępniło niedawno nową możliwośc swoim czytelnikom. W serwisie <a href="http://www.ibuk.pl/">ibuk.pl</a> wszyscy chętni mogą wypożyczac elektroniczne wersje książek. Nie chodzi jednak o pobieranie plików .pdf z ograniczeniami kopiowania i odczytywania. Gdyby tak było, byłoby to jednocześnie pogwałcenie ustawy o prawie autorskim, która gwarantuje (z pominięciem oprogramowania) tzw. dozwolony użytek osobisty. Co oznacza, że możemy swobodnie wykonywac kopie zakupionej książki, płyty nagraniowej itp. dla własnych potrzeb, możemy również rozdawac kopie znajomym. Warto również dodac, że w przypadku elektronicznej książki każde wypożyczenie przez nas innej osobie, oznaczałoby wykonanie kopii i to zdecydowanie odróżnia książki elektroniczne od książek drukowanych. Drukowany wolumin można wypożyczyc dowolnej osobie na świecie, bo o ile nie zyskaliśmy prawa do nagrań, to nośnik na pewno jest nasz i przekazanie nośnika z tekstem (książki) lub muzyką (płyta) nie powoduje rozmnożenia. Niestety, w przypadku pliku komputerowego, chociaż istnieje możliwośc wykonania legalnej kopii, to np. przesłanie danego pliku osobie, z którą nie pozostajemy w bliskich relacjach, byłoby złamaniem prawa (niektórzy twierdzą, że byłaby to kradzież, ja wolę określac to jako brak zysku wydawcy). W ibuk.pl mamy do czynienia nie z kupowaniem, ani klasycznym wypożyczaniem książek, ale z możliwością ich czytania. Jest to zatem rodzaj czytelnii, w której płaci się za dostęp do publikacji.<br /><br />W internetowej czytelnii możemy skorzystac z książek z kilku działów. Osobiście przetestowałem usługę wypożyczając pozycję z działu "pedagogika". Za kilka złotych zyskałem tygodniowy dostęp do książki, która w wersji drukowanej kosztowałaby mnie kilkadziesiąt PLN. Aby skorzystac z nowych możliwości, należy pobrac oprogramowanie, które po instalacji i uruchomieniu wymaga wpisania swojego loginu i hasła z serwisu ibuk i następnie wyświetla książki, do których mamy dostęp, informując jednocześnie o dacie wygaśnięcia dostępu do książek.<br /><br />Czytnik przypomina oprogramowanie do czytania plików .pdf Jest prosty w obsłudze i przy przechodzeniu pomiędzy stronami każdorazowo łączy się z serwisem celem pobrania strony.<br /><br />Myślę, że pomysł PWN jest ciekawy i wart uwagi. Przede wszystkim pokazuje, że również polscy wydawcy zaczynają rozumiec, że z ery posiadania przechodzimy do ery dostępu, w której kupowanie każdej interesującej książki mija się z celem. Oczywiście można dyskutowac, czy zasady serwisu ibuk nie mogłyby wyglądac nieco inaczej. Dostęp możemy wykupic na jeden dzień, wysyłając sms lub na tydzień czy też miesiąc (płacąc kartą kredytową lub dzięki usługom sieciowych opłat) z różnymi wariantami ilości stron wydruku (w zależności od opłaty mamy nie tylko określony czas na czytanie książki, ale również ograniczoną ilośc stron, które możemy wydrukowac- to ostatnie ograniczenie zmusza do zakupu książki drukowanej, gdybyśmy zdecydowali się na postawienie woluminu na półce).<br /><br />Jak pomysł będzie się rozwijał i czy podobne serwisy powstaną przy innych wydawnictwach, czas pokaże. Na pewno powstanie serwisu jest wielkim udogodnieniem dla studentów i pracowników naukowych, którzy często korzystają z pewuenowskich publikacji. Dzięki ibuk.pl mogą nie tylko czytac książki, oszczędzając pieniądze, a zatem mając możliwośc przeczytania np. dziesięciu pozycji PWN w cenie jednej pozycji drukowanej. Mogą również zapoznac się z nowością, by zdecydowac, czy warto zamówic drukowane wydanie.<br /></div><br /><!--Creative Commons License--><a rel="license" href="http://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0/deed.pl"><img alt="Creative Commons License" style="border-width: 0pt;" src="http://i.creativecommons.org/l/by-sa/3.0/88x31.png" /></a><br />Ten utwór jest dostępny na <a rel="license" href="http://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0/deed.pl">licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska</a>.<!--/Creative Commons License--><!-- <rdf:rdf xmlns="http://web.resource.org/cc/" dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" rdf="http://www.w3.org/1999/02/22-rdf-syntax-ns#" rdfs="http://www.w3.org/2000/01/rdf-schema#"><br /> <work about=""><br /> <license resource="http://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0/deed.pl"><br /> <dc:type resource="http://purl.org/dc/dcmitype/Text"><br /> </work><br /> <license about="http://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0/deed.pl"><permits resource="http://web.resource.org/cc/Reproduction"><permits resource="http://web.resource.org/cc/Distribution"><requires resource="http://web.resource.org/cc/Notice"><requires resource="http://web.resource.org/cc/Attribution"><permits resource="http://web.resource.org/cc/DerivativeWorks"><requires resource="http://web.resource.org/cc/ShareAlike"></license></rdf:RDF> -->GDShttp://www.blogger.com/profile/17575324932896033122noreply@blogger.comtag:blogger.com,1999:blog-3531144283482831192.post-36063951394337069732007-09-04T17:53:00.000+01:002007-09-04T18:40:39.330+01:00Mikronacje w zwierciadle socjologii<p style="text-align: justify; color: rgb(0, 0, 0);" class="MsoNormal">Mikronacje to raczej działka GDS, który dosyć dużo o tym pisze i z tego co wiem, jest aktywnym członkiem <a href="http://www.wandystan.only.pl/w/Prezydent::Urz%C4%99duj%C4%85cy_Prezydent">jednego z wirtualnych państw</a> funkcjonujących w „polskiej” sieci. Mimo tego i ja postanowiłem „ugryźć” ten temat, choć nieco inaczej niż Grzesiek, czyli nie z perspektywy pedagoga, który stara się „odnaleźć” i opisać edukacyjne oraz wychowawcze aspekty uczestnictwa w tego rodzaju społecznościach.</p><div style="text-align: justify; color: rgb(0, 0, 0);"> </div><p style="text-align: justify; color: rgb(0, 0, 0);" class="MsoNormal">Zainteresowałem się v-państwami jako socjolog, który dużo swojego czasu i energii poświęca na analizowanie, badanie i opisywanie różnorodnych aspektów społeczności wirtualnych. Surfując po różnorodnych cyber-państwach, oglądając ich strony, będąc pod ogromnym wrażeniem wszystkiego, co się z nimi wiąże (flagi, godła, własna historia, władze, religia, <a href="http://pracownia54.blogspot.com/2007/05/mikronacje-pastwa-ktrych-nie-ma.html">własna TV</a>, gospodarka, itd., itp.), przyszła mi do głowy pewna myśl – przecież czegoś takiego nie było jeszcze nigdy w historii społeczności wirtualnych!</p><div style="text-align: justify; color: rgb(0, 0, 0);"> </div><p style="text-align: justify; color: rgb(0, 0, 0);" class="MsoNormal">Krótko mówiąc, dla socjologia badającego wspólnoty internetowe, v-państwa stać się mogą niezwykle ciekawym obszarem badawczym, z jednego prostego względu. Są to specyficzne i nietypowe społeczności, w których zachodzą procesy rzadko (jeśli w ogóle) występujące w innych e-wspólnotach.</p><div style="text-align: justify; color: rgb(0, 0, 0);"> </div><p style="text-align: justify; color: rgb(0, 0, 0);" class="MsoNormal">Zwróćmy uwagę chociażby na strukturę nierówności tego rodzaju wspólnot. <span style="">Na ogół podkreśla się, że w wirtualnych społecznościach nie ma jakiejś wyraźnej „klasy dominującej”, grupy internetowe nie są obciążone tradycyjnymi barierami społeczno-ekonomicznymi, hierarchią, itp. Nie ma jakiejś wyraźnej struktury nierówności – po prostu albo się jest członkiem, albo nie. Społeczności wirtualne są raczej „poza” podziałami statusowymi istniejącymi w „realu”, „rozmywają” je i likwidują. Nie tworzą również nowych, rzec można, wirtualnych podziałów statusowych (wyjątkiem może być pozycja moderatora, administratora, która jednak nie wiąże się z jakimiś specjalnymi profitami). Inaczej rzecz ma się z v-państwami, które co prawa również „odcinają się” od „realnej” struktury nierówności, ale kształtują nową, charakterystyczną tylko dla siebie – wystarczy przyjrzeć się strukturze władzy <a href="http://www.sarmacja.org/strona,wladze">Księstwa Sarmacji</a> czy <a href="http://wandystan.only.pl/w/W%C5%82adze">Mandragoratu Wandystanu</a>.<o:p></o:p></span></p><div style="text-align: justify; color: rgb(0, 0, 0);"> </div><p style="text-align: justify; color: rgb(0, 0, 0);" class="MsoNormal"><span style="">Mikronacje z całą pewnością tworzą najbardziej rozbudowaną hierarchię pozycji i statusów ze wszystkich znanych mi społeczności wirtualnych. Zwykle najwyżej usytuowany jest oczywiście władca danego państwa, inni rządzący i sprawujący funkcje publiczne. Oprócz tego mamy wiele innych pozycji, klas i warstw społecznych (przedsiębiorcy, naukowcy, itd.). Im wyżej ktoś jest w hierarchii, tym większy ma wpływ na funkcjonowanie wirtualnego państwa. Wydaje się, że w związku z tak silnie rozbudowaną hierarchią, nasileniu podlegać mogą również, na ogół dość słabo rozwinięte w społecznościach wirtualnych, procesy kontroli społecznej. <o:p></o:p></span></p><div style="text-align: justify; color: rgb(0, 0, 0);"> </div><p style="text-align: justify; color: rgb(0, 0, 0);" class="MsoNormal"><span style="">Dla socjologa interesujący się wydać może również stopień, w jakim v-państwa budują tożsamość zbiorową swoich członków. Warto starać się odpowiedzieć na pytanie - czy nie czynią tego w znacznie większym stopniu niż inne społeczności wirtualne? </span>Dziać tak może <span style=""> </span>się dlatego, że opierają się na przynależności i odrębności o wiele bardziej niż inne internetowe wspólnoty. Eksponują na swoich stronach charakterystyczne tylko dla nich symbole narodowe, zbiory praw, historię, czasami nawet walutę, religię czy język. Opierają się ponadto w ogromnym stopniu na zaangażowaniu członków i ich wzajemnej współpracy.</p><div style="text-align: justify; color: rgb(0, 0, 0);"> </div><p style="text-align: justify; color: rgb(0, 0, 0);" class="MsoNormal">Władza w mikronacjach, kontrola społeczna czy budowanie tożsamości zbiorowej ich członków to chyba tylko niektóre z aspektów, którymi zająć się mogliby socjologowie, a które świadczą o specyficzności tego rodzaju wspólnot wirtualnych.</p><p style="text-align: justify;" class="MsoNormal">Między innymi o tym mówił będę na konferencji w Kielcach, na którą już wkrótce się wybieram (napiszę zapewne o tym, w którymś z kolejnych postów).</p><a rel="license" href="http://creativecommons.org/licenses/by/2.5/pl/"><img alt="Creative Commons License" style="border-width: 0pt;" src="http://i.creativecommons.org/l/by/2.5/pl/88x31.png" /> </a><br />Ten utwór jest dostępny na <a rel="license" href="http://creativecommons.org/licenses/by/2.5/pl/">licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 2.5 Polska</a>.Piotr Siudahttp://www.blogger.com/profile/15831959908317307053noreply@blogger.comtag:blogger.com,1999:blog-3531144283482831192.post-27197851235717371092007-08-30T11:53:00.000+01:002007-09-04T17:59:49.554+01:00Przenieść Euro 2012 do sieci!<div style="text-align: justify; color: rgb(0, 0, 0);">Co tu dużo mówić - wszyscy wiemy jak posuwają się przygotowania do Euro 2012. Opieszałość w tym względzie zdecydowanie odbiega od deklaracji, jakie czynili nasi włodarze jeszcze przed, a także zaraz po wyborze Polski i Ukrainy.<br /><br />Jeśli nie uda się wybudować stadionów na czas, zawsze można rozegrać wirtualne Euro 2012, np. w <a href="http://secondlife.com/">Second Life</a>. Powstaje już tam <a href="http://www.eurofun2012.com/?pageid=1&lang=pl">pierwszy stadion na Euro 2012</a> (patrząc na twórcę strony poznać można, że to przedsięwzięcie marketingowe). Sądząc z obrazków - prace są dosyć zaawansowane.<br /></div><br /><a style="color: rgb(0, 0, 0);" onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://bp3.blogger.com/_HCixBs3tLQ8/Rtas7cMCXoI/AAAAAAAAAM0/IgU_8dB5_GU/s1600-h/Image1.jpg"><img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://bp3.blogger.com/_HCixBs3tLQ8/Rtas7cMCXoI/AAAAAAAAAM0/IgU_8dB5_GU/s320/Image1.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5104457364849974914" border="0" /></a><div style="text-align: justify; color: rgb(0, 0, 0);"><a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://bp3.blogger.com/_HCixBs3tLQ8/RtaqIcMCXlI/AAAAAAAAAMc/3dMTFkL2n_Q/s1600-h/mainimg.jpg"><img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://bp3.blogger.com/_HCixBs3tLQ8/RtaqIcMCXlI/AAAAAAAAAMc/3dMTFkL2n_Q/s400/mainimg.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5104454289653390930" border="0" /></a>Właściwie to mam propozycję - niech każda federacja piłkarska założy swoje "miejsca" na Second Life, stworzy wirtualnych graczy i tam rozegrajmy Euro. Lepiej już teraz rozpocząć sieciowe treningi - z takim tempem przygotowań wszystko jest możliwe...<br /></div><div style="text-align: justify; color: rgb(0, 0, 0);"><br /><a rel="license" href="http://creativecommons.org/licenses/by/2.5/pl/"><img alt="Creative Commons License" style="border-width: 0pt;" src="http://i.creativecommons.org/l/by/2.5/pl/88x31.png" /> </a><br />Ten utwór jest dostępny na <a rel="license" href="http://creativecommons.org/licenses/by/2.5/pl/">licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 2.5 Polska</a>.</div>Piotr Siudahttp://www.blogger.com/profile/15831959908317307053noreply@blogger.comtag:blogger.com,1999:blog-3531144283482831192.post-57421344866711122782007-08-27T09:58:00.000+01:002007-09-04T18:00:34.415+01:00Wielki G – nowy Wielki Brat w natarciu<div style="text-align: justify; color: rgb(0, 0, 0);">Oto kilka artykułów na temat Google, które ukazały się w ostatnim czasie:<o:p></o:p></div><p style="text-align: justify; color: rgb(0, 0, 0);" class="MsoNormal"><o:p></o:p><span style="" lang="EN-US"><a href="http://mashable.com/2007/08/17/youporn-blocked/"><span style="" lang="PL">YouPorn Blocked by Google.de</span></a></span> – post na blogu <span style="" lang="EN-US"><a href="http://mashable.com/"><span style="" lang="PL">Mashable</span></a></span>, o tym jak niemieckie Google postanowiło zadbać o moralność, usuwając z wyników wyszukiwania pornograficzną stornę <a href="http://youporn.com/">YouPorn</a>. Google stwierdził, że strona została uznana za nielegalną – z jakich powodów tego już nie podaje.</p> <p style="text-align: justify; color: rgb(0, 0, 0);" class="MsoNormal"><a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://bp0.blogger.com/_HCixBs3tLQ8/RtKSfsMCXCI/AAAAAAAAAH0/9tNIz5AuUC4/s1600-h/gbrowser.png"><img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer;" src="http://bp0.blogger.com/_HCixBs3tLQ8/RtKSfsMCXCI/AAAAAAAAAH0/9tNIz5AuUC4/s320/gbrowser.png" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5103302400899439650" border="0" /></a><span style="" lang="EN-US"><a href="http://news.com.com/8301-10784_3-9756794-7.html?part=rss&tag=feed&subj=NewsBlog"><span style="" lang="PL">Google browser rumors surface again</span></a></span> – post na <span style="" lang="EN-US"><a href="http://www.cnet.com/?tag=hdrgif"><span style="" lang="PL">CNecie</span></a></span> mówiący o tym, że Google szykuje własną przeglądarkę internetową. Autor dowodząc, że wkrótce pojawi się tego rodzaju produkt, skojarzył następujące fakty:<br />-firma zarezerwowała już domenę gbrowser.com,<br />- CEO Google’a Eri<span style="font-size:100%;">c Schmidt w przeszłości powiedział, że jest możliwe zbudowanie przeglądarki,</span><span style="font-size:100%;"><br />- patrząc na portfolio aplikacji, które w chwili obecnej posiada i cały czas rozbudowuje google, stwierdzić można, że stworzenie przeglądarki, która ułatwiłaby ich używanie, jest zasadne.</span></p><p style="text-align: justify; color: rgb(0, 0, 0);" class="MsoNormal"> </p> <div style="text-align: justify; color: rgb(0, 0, 0);"> </div> <p style="text-align: justify; color: rgb(0, 0, 0);" class="MsoNormal"><span style=""><a href="http://antyweb.pl/google-health-na-horyzoncie/">Google Health na horyzoncie</a> - <a href="http://antyweb.pl/">AntyWeb</a> za Blogoscoped pisze o Google Health, serwisie, który wystartuje już wkrótce, a który zbierać będzie informacje dotyczące zdrowia użytkowników, przebiegu ich choroby, zaleceń wydawanych przez lekarzy, itp.</span> Cytując <a href="http://antyweb.pl/">AntyWeb</a>:<br /></p><div style="text-align: justify; color: rgb(0, 0, 0);"><blockquote>Sam serwis będzie oferował przeróżne funkcjonalności. Przykładem chyba najbardziej oczywistym jest szukanie porad lekarskich związanych z naszą chorobą. W naszym profilu w serwisie będziemy mogli zapisywać objawy i postęp naszej choroby. Serwis sam postara się znaleźć najlepsze źródła informacji na temat naszego schorzenia i oczywiście przekaże je nam. Każda aktualizacja naszego dziennika choroby będzie związana z aktualizacją porad i informacji jakie wyszuka dla nas serwis.</blockquote>I dalej:<br /><blockquote>W celu podania maksymalnej ilości danych pozwalających dobrać odpowiednie informacje medyczne serwis będzie zbierał wszystkie informacje związane z naszym zdrowiem oraz z historią zdrowia naszej rodziny. W systemie będzie również możliwość budowania bazy z lekarzami, którzy prawdopodobnie również będą mieli dostęp do serwisu.</blockquote></div><div style="text-align: justify; color: rgb(0, 0, 0);"> </div><p style="text-align: justify; color: rgb(0, 0, 0);" class="MsoNormal"><span style="" lang="EN-US">Oto screeny z Google Earth:</span></p><a style="color: rgb(0, 0, 0);" onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://bp0.blogger.com/_HCixBs3tLQ8/RtKTvsMCXGI/AAAAAAAAAIU/D_oFR1whz0M/s1600-h/2.png"><img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://bp0.blogger.com/_HCixBs3tLQ8/RtKTvsMCXGI/AAAAAAAAAIU/D_oFR1whz0M/s320/2.png" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5103303775288974434" border="0" /></a><a style="color: rgb(0, 0, 0);" onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://bp3.blogger.com/_HCixBs3tLQ8/RtKT3cMCXHI/AAAAAAAAAIc/E0YZN3L3ux0/s1600-h/7.png"><img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://bp3.blogger.com/_HCixBs3tLQ8/RtKT3cMCXHI/AAAAAAAAAIc/E0YZN3L3ux0/s320/7.png" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5103303908432960626" border="0" /></a><span style="font-weight: bold; color: rgb(0, 0, 0);"><br /></span><br /><div style="text-align: justify; color: rgb(0, 0, 0);">Na koniec parę odnośników do artykułów o staraniach Google czynionych w celu zwiększenia swojej obecności w Chinach. Państwo środka to jak wiadomo rynek, na którym pozycja firmy Brina i Page’a nie jest zbyt mocna:<br /><span style="" lang="EN-US">- </span><a href="http://www.techcrunch.com/2007/08/17/google-to-increase-investment-in-china/" title="Permanent Link to Google To Increase Investment In China"><span style="" lang="EN-US">Google To Increase Investment In China</span></a><span style="" lang="EN-US">,<o:p></o:p></span><br /><span style="" lang="EN-US">- </span><a href="http://www.techcrunch.com/2007/08/20/google-takes-stake-in-tianyacn/" title="Permanent Link to Google Takes Stake In Tianya.cn"><span style="" lang="EN-US">Google Takes Stake In Tianya.cn</span></a><span style="" lang="EN-US">,<o:p></o:p></span><br /><span style="" lang="EN-US">- </span><a href="http://www.readwriteweb.com/archives/google_launches_answers_in_china.php" title="Link to: Google Launches Answers in China"><span style="" lang="EN-US">Google Launches Answers in China</span></a><span style="" lang="EN-US">,<o:p></o:p></span><br /><span style="" lang="EN-US">- </span><a href="http://mashable.com/2007/08/20/google-blog-search-china/" title="Permalink to Google Blog Search Semi-Launched in China"><span style="" lang="EN-US">Google Blog Search Semi-Launched in China</span></a><span style="" lang="EN-US">.<o:p></o:p></span></div><p style="color: rgb(0, 0, 0);"></p> <p class="MsoNormal" style="text-align: justify; color: rgb(0, 0, 0);">Powiem szczerze, że czytałem te wszystkie artykuły nie tyle z przerażeniem ile z lekkim przestrachem. Hegemon, jakim jest Google, nie ustaje w ciągłych próbach zwiększania swojej dominacji, poprzez zdobywanie rynku na coraz to nowych obszarach. Taka sytuacja oczywiście nie dziwi, bo właśnie po to istnieje każde przedsiębiorstwo mające na celu maksymalizację zysku. </p> <p class="MsoNormal" style="text-align: justify; color: rgb(0, 0, 0);">W wypadku Google jednak taką działalność należy monitorować, ponieważ rodzi ona sporo obaw. Ogromna potęga i monopolistyczna pozycja firmy już w tej chwili przekłada się na ogromną władzę. <i style="">Search Economy</i>, czyli walka o jak najwyższą pozycję w wyszukiwarce, daje monopoliście niewyobrażalną wręcz kontrolę nad firmami. Sam przekonałem się o niej wówczas, gdy pracowałem w pewnej firmie internetowej, która została przez Googla ukarana (dwumiesięczny ban, którego przyczyny pominę). Kara polegała na przesunięciu w wyszukiwarce pozycji serwisu o kilkadziesiąt „stopni” w dół. Nie muszę chyba wyjaśniać dlaczego i w jak drastyczny sposób przyczyniło się to do obniżenia liczby unikalnych użytkowników odwiedzających serwis. Inny przykład, nieco nawet drastyczniejszego działania Google, podaję na początku postu (serwis YouPorn). Znana jest również historia Moncriefa, który założył sklep internetowy, przez jakiś czas znajdujący się bardzo wysoko w wynikach wyszukiwania. Wskutek, tzw. <i style="">Google Dance</i> (zmiana algorytmów wyszukiwania) Moncriefe niemal zbankrutował. Chociaż Google usuwa lub każe serwisy według ustalonych przez siebie zasad (zwykle za nieetyczne, tzw. czarne <a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Seo">SEO</a> [pozycjonowanie serwisów]), to przecież nic nie stoi na przeszkodzie, aby firma je zmieniła. W każdym razie manipulowanie wynikami wyszukiwania i w ten sposób skłanianie użytkowników do działania w sposób, w jaki życzy sobie firma Brina i Page’a, nie jest wcale niemożliwe.</p> <p class="MsoNormal" style="text-align: justify; color: rgb(0, 0, 0);">Aby tego było mało, Google „chce” dowiadywać się o użytkownikach jego produktów coraz więcej. Przykładem wspomniane przeze mnie aplikacje (ale również wiele innych) takie jak strona startowa, przeglądarka internetowa, Google Health. Ta specyficzna „inwigilacja” prowadzić może do tego, iż gromadzone będą o użytkownikach dane nie tylko o sieciowej aktywności, ale i zupełnie inne, z innych sfer ludzkiego życia. Tylko od Google zależy, jak owe dane firma wykorzysta.</p> <p class="MsoNormal" style="text-align: justify; color: rgb(0, 0, 0);">Jak sądzicie, czy moje obawy i lekki strach są uzasadnione? Czy jednak uwierzyć w hasło Google „Don’t Be Evil”?</p><a style="color: rgb(0, 0, 0);" rel="license" href="http://creativecommons.org/licenses/by/2.5/pl/"><img alt="Creative Commons License" style="border-width: 0pt;" src="http://i.creativecommons.org/l/by/2.5/pl/88x31.png" /> </a><br /><span style="color: rgb(0, 0, 0);">Ten utwór jest dostępny na </span><a style="color: rgb(0, 0, 0);" rel="license" href="http://creativecommons.org/licenses/by/2.5/pl/">licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 2.5 Polska</a><span style="color: rgb(0, 0, 0);">.</span>Piotr Siudahttp://www.blogger.com/profile/15831959908317307053noreply@blogger.comtag:blogger.com,1999:blog-3531144283482831192.post-33282162032290152962007-08-24T10:28:00.000+01:002007-08-24T10:29:22.816+01:00W popblogu o „wolnej kulturze”<p style="text-align: justify;" class="MsoNormal">W <a href="http://popularny.blogspot.com/">popblogu</a> <a href="http://popularny.blogspot.com/2007/08/bitwy-przegrane-teen-pleads-guilty-in.html">raport z frontu wojny o „wolną kulturę”</a>…</p>Piotr Siudahttp://www.blogger.com/profile/15831959908317307053noreply@blogger.comtag:blogger.com,1999:blog-3531144283482831192.post-80487834346993016402007-08-24T10:09:00.000+01:002007-09-04T18:04:03.983+01:00Zapraszam na popbloga<div style="text-align: justify;"><a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://bp0.blogger.com/_HCixBs3tLQ8/Rs6iLsMCW2I/AAAAAAAAAGU/v5u3YRGaivs/s1600-h/Magical+Snap+-+2007.08.24+11.08+-+001.png"><img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer;" src="http://bp0.blogger.com/_HCixBs3tLQ8/Rs6iLsMCW2I/AAAAAAAAAGU/v5u3YRGaivs/s320/Magical+Snap+-+2007.08.24+11.08+-+001.png" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5102193749581257570" border="0" /></a><span style="color: rgb(0, 0, 0);">Właśnie uruchomiłem </span><a style="color: rgb(0, 0, 0);" href="http://popularny.blogspot.com/">nowego bloga</a><span style="color: rgb(0, 0, 0);">, którego nazwałem </span><a style="color: rgb(0, 0, 0);" href="http://popularny.blogspot.com/">popblogiem</a><span style="color: rgb(0, 0, 0);">. O czym jest – tego dowiecie się w </span><a style="color: rgb(0, 0, 0);" href="http://popularny.blogspot.com/2007/08/witam-na-popblogu.html">pierwszym, inaugurującym jego działalność poście</a><span style="color: rgb(0, 0, 0);"><span style="color: rgb(51, 51, 255);">.</span> Krótko mówiąc, traktował on będzie o popkulturze, kulturze uczestnictwa, Internecie, itp.</span></div><a style="color: rgb(0, 0, 0);" onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://bp1.blogger.com/_HCixBs3tLQ8/Rs6hF8MCWzI/AAAAAAAAAF8/UajZP1nKMfg/s1600-h/Magical+Snap+-+2007.08.24+11.08+-+001.png"><br /></a><div style="color: rgb(0, 0, 0);"> </div><span style="color: rgb(0, 0, 0);">Zapraszam zatem do partycypacji, komentowania, polemiki – jednym słowem dodajcie popbloga do waszych czytników feedów i czytajcie!;)</span><br /><br /><br /><a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://popularny.blogspot.com/"><img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://bp2.blogger.com/_HCixBs3tLQ8/Rs6jDMMCW4I/AAAAAAAAAGk/e_oaKeJ8ah0/s200/nazwa.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5102194703063997314" border="0" /></a><a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://popularny.blogspot.com/"><br /></a>Piotr Siudahttp://www.blogger.com/profile/15831959908317307053noreply@blogger.comtag:blogger.com,1999:blog-3531144283482831192.post-86318319542132656342007-08-23T14:55:00.001+01:002007-09-04T18:01:03.912+01:00Porno 2.0 – czy rzeczywiście już?<a style="color: rgb(0, 0, 0);" onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://bp2.blogger.com/_HCixBs3tLQ8/Rs2WIcMCWsI/AAAAAAAAAFE/RVtAW4LEPXQ/s1600-h/porn2.0.gif"><img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://bp2.blogger.com/_HCixBs3tLQ8/Rs2WIcMCWsI/AAAAAAAAAF