Serwis poświęcony refleksji nad (nowymi) mediami, edukacji medialnej oraz przemianom współczesnej kultury w oparciu o nowe narzędzia komunikowania. Jeśli chcesz współtworzyć serwis, skontaktuj się z nami: pedgds at univ.gda.pl

Niezmiernie miło mi oznajmić, że wnoszę niewielki wkład w międzynarodowy projekt AutoArt koordynowany przez Ewę i Elżbietę Okroy. Jak można przeczytać na stronach Centrum Sztuki Współczesnej Łaźnia, jest to: "(...)program artystyczno-edukacyjno-badawczy dla LKW Gallery realizowany w ramach projektu Galeria Zewnętrzna Miasta Gdańska (...)".

W ramach bloku warsztatów "Todos Suntos!" (Wszyscy razem!) poprowadzę cykl wykładów/ warsztatów pod hasłem "Wiedza. Media. Internet. Wolność". Szczegółowe informacje na załączonym plakacie.

Świadomie podaję, że będą to wykłady/ warsztaty, ze względu na ostateczną niepewność co do wieku zainteresowanych, którzy przybędą na spotkania. Mogą to być zarówno studenci i absolwenci uczelni wyższych, jak i licealiści czy gimnazjaliści. Po pierwszym spotkaniu będę zapewne wiedział lepiej, jak zorganizować kolejne.

Interesującą ciekawostką jest fakt, że galeria, w której odbędą się spotkania (zobacz na mapie) to ciężarówka, tzw. TIR, przystosowany do galeryjnych potrzeb. Na blogu organizatorek (pewności nie mam, bo aktualizowany bardzo rzadko, a adres z plakatu nie przenosi do żadnej strony) można zobaczyć film, prezentujący ubiegłoroczne wydarzenia w galerii.


Tekst wpisu jest dostępny na
licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 2.5 Polska.

Postpierwotny pości i postuje

Korzystając z uprzejmości Olgi Tomczak, studentki piątego roku pedagogiki UG, zamieszczam wpis, który pierwotnie pojawił się na blogu "Schizomedium". Obecnie żyjemy nieco w szale fascynacji technologiami "2.0" (nie jest to, brońcie świeccy mistrzowie, przytyk do działaczy K20), co momentami jest uzasadnione, ale chwilowe zachłyśnięcie nowoczesnymi środkami komunikacji nie powinno zwalniać nas od podejrzliwości. A podejrzliwość ta, czasami z lenistwa, z wygodnictwa, a czasami przez radykalnych internetowych konserwatystów w rodzaju Andrew Keena, zanika momentami w środowisku tych, którzy refleksją nad siecią zajmują się na co dzień. To niebezpieczne, bo kiedy monopol na krytykę (czy raczej krytykanctwo) przejmą np. pedagodzy z kręgu wieszczących upadek moralności w związku z korzystaniem z internetowych gier itp., naprawdę może zrobić się groźnie. Zachęcam do lektury. Czy nachodzi era, w której świat=internet?

Postpierwotny pości i postuje

Człowiek Postpierwotny gdy ma wolny dzień, budzi się rano - jakoś po 14stej. Włącza komputer, otwiera swoją ulubioną grę RPG i przeżywa w niej kolejny dzień, biegając po lesie pełnym druidów, warlocków i różnego rodzaju łotrów. Sam jako początkujący rycerz śmierci komunikujący się z mrocznym elfem na całkiem wysokim levelu, nie boi się niczego. Bywa, że awaria prądu powoduje, iż nasz bohater stracił sens siedzenia w domu (czasem sens życia). Oto jest ten dzień. Człowiek postanawia wybrać się do lasu, by w niezbyt dobrze znanej mu realnej rzeczywistości zebrać trochę punktów doświadczenia. Dzień jest pogodny, temperatura pozwala na spacer bez ciepłej kurtki. Szczerze mówiąc nawet zabieranie swetra zdaję się Człowiekowi nie potrzebne. Jak to zwykle bywa, gdy narrator pomału zdaje sobie sprawę, że zaczyna nudzić czytelnika, wprowadzany jest wątek burzący całą sielankę (chociaż akurat bohaterowi tej historii sielanka zburzyła się w momencie gdy stwierdza, że nie może włączyć komputera). Człowiek Postpierwotny spaceruje po lesie, myśląc nad sposobem zdobycia kodu do pirackiej wersji programu, który niedawno sobie zainstalował. Niespodziewanie (niespodziewanie... ta... jasne ;) ) gubi się w lesie. Po kilku nieudanych próbach odnalezienia szlaku, Człowiek postanawia iść po prostu przed siebie. Darujmy sobie natchnione opowieści o liściach pieszczonych perłami, dekadencko spływających po nich kropli deszczu, odbijających się w świetle księżyca. Prawda jest okrutna w swej prozaiczności – nadeszła noc i spadł deszcz. Człowiek stwierdza że i tak się nigdzie nie schroni, wiec idzie dalej. Ma ku temu dwa, w jego mniemaniu, dobre powody. Po pierwsze: im dalej będzie szedł tym szybciej dojdzie do jakiejś cywilizacji, po drugie: szybki spacer go rozgrzewa. Ma też jeden zły powód: nie widzi nierówności terenu. Człowiek potyka się i łamie nogę, dygocze z zimna albo strachu, sam nie wie z czego bardziej. Gdy się przejaśnia, bohater podpierając się o drzewa kuśtyka dalej przed siebie. Jest głodny, boi się że umrze z głodu, bo nie wie że jego przodkowie potrafili się obyć bez jedzenia nawet parę tygodni. Zjada trochę jagód, popija wodą z sadzawki. Kilka godzin później dostaje biegunki, kilkanaście godzin później pada ze zmęczenia i odwodnienia. Gdy kilka godzin dzieli go od otrzymania pośmiertnie przyznawanej nagrody Darwina, zostaje znaleziony przez leśniczego.

Co robi Człowiek Postpierwotny gdy po hospitalizacji wraca do domu? Pisze maila na adres unknow@unknow.heaven o treści „Dzięki Boże!” po czym wchodzi na stronę ekologów zaangażowanych w walkę o ocalenie lasów i w księdze gości, dzieli się swoimi przemyśleniami bogato okraszanymi wyrazami z językowego rynsztoka, po czym każdemu serdecznie życzy by go diabli wzięli.

„Ekologia” jest dla wielu osób wyabstrahowanym z realnej rzeczywistości hasłem, bo na co dzień nie stykają się z niczym co by im przypominało o tym, że tysiące lat temu człowiek chodził po lesie i potrafił w nim żyć jak inne stworzenia. Popularne uzasadnianie swojej ignorancji polega na tłumaczeniu, że nie po to zeszliśmy z drzewa żeby teraz na nie wracać, a jeżeli tak, to nie są one w ogóle potrzebne.

Wszechobecne w jego życiu media, pozwalają mu, w jednej chwili ściągnąć informacje i dowiedzieć się wielu rzeczy. Niestety informacje nieodświeżane szybko zostają zapomniane, a rzadko ma się motywację do odświeżania informacji, które wydają się być nieżyciowe i nieprzydatne.

We współczesnej szkole dzieci mają możliwość przygotowywania się na zajęcia, korzystają z wiedzy dostarczanej przez najróżniejsze media jak internet, telewizja, druk. Jednak aby móc lepiej poznać rzeczywistość, uczniom powinno się czasem oszczędzić wiedzy przedstawianej przez „pośredników” a organizować realne spotkania ze światem. Mówi się że kolejne pokolenie nie będzie znało świata bez internetu. Kolejne będzie znało internet bez świata.

autorka: Olga

Plusy dodatnie i plusy ujemne informatyki w szkołach

Jak można się domyślić z tytułu informatyka w szkołach państwowych w Polsce (bo tylko co do takich mam doświadczenie, więc tylko o nich będę mówić) ma same plusy. Tyle, że niektóre z nich są dodatnie, a inne ujemne. :) Zasadniczo, to fajnie, że w ogóle jest, gdyż sprawia iż jeden z wycinków rzeczywistości, które interesują nas również poza tą instytucją znajduje się w programie kształcenia, co ma szanse zainteresować uczniów oraz prowadzić do integracji i pogłębienia ich wiedzy. I tak zapewne by było, gdyby nie jeden, a może nawet nie jeden, problem. Wszak zawsze jakiś być musi.

W warunkach szkolnych zastosowanie komputerów w pewien sposób się wyobcowuje. Nie używamy ich tu, podobnie jak i różnych programów czy Internetu, do szukania informacji, pisania prac na lekcje przedmiotowe itd.; a więc służą nam one zupełnie inaczej niż w codziennym, naturalnym życiu. Dochodzi zatem do swoistej schizofrenii zastosowania mediów (uczniowie podświadomie rozróżniają szkolną wiedzę i tę prawdziwą, życiową), a informatyka staje się autoteliczna. Komputery dla komputerów i wiedza o nich dla samej wiedzy, czyli właściwie po co? Ze swojej informatyki w liceum pamiętam tylko tyle, że musiałam uczyć się mnóstwo teorii, regułek i innych nudziarstw, a komputery wcale nie były częstym przedmiotem naszego użytku. Oczywiście zdałam wszystko perfekcyjnie, natomiast dziś nie pamiętam już z tych zajęć niczego, żadnych nowych doświadczeń, odkryć, żadnej wiedzy praktycznej. To, co robi się na lekcjach informatyki to albo nic tzn. uczniowie grają sobie w raczej nieedukacyjne gry lub muszą uczyć się teorii czy też pracować z programami, które znają już na pamięć. Zadania, które są im stawiane nie mają zwykle charakteru praktycznego, a tylko ćwiczeniowy. Przykład: każdy z uczniów ma stworzyć stronę internetową swojej klasy, wiadomym jest, że nie może być trzydziestu (przypuśćmy, że tylu uczniów liczy ta klasa) oficjalnych stron jednej klasy, przy czym nie jest to nawet konkurs na najlepsza stronę, gdyż oficjalna już od dawna istnieje, zatem jedyną motywacją dla wykonujących zadanie staje się groźba otrzymania oceny niedostatecznej w przypadku zignorowania polecenia. Moim zdaniem jeśli uczniowie maja już coś robić, to powinni widzieć w tym choć cień jakiegoś celu i sensu, i choć trochę powinno ich to interesować, aby mogli zaangażować się poznawczo. Można by więc przeformułować to zadanie tak, aby uczniowie wspólnie zorganizowali taką stronę lub zrobili to w grupach, po czym można byłoby wybrać najciekawszą z nich i umieścić w Internecie. Jeśli już zależałoby nam na samodzielnej pracy, to uczniowie powinni mieć możliwość zrobienia strony o takiej tematyce, która jest przedmiotem ich zainteresowania itp. To tylko jeden z wielu takich przykładów i z pewnością problem ten dotyczy nie tylko informatyki, ale większości lekcji przedmiotowych. Po prostu to, co uczniowie zobowiązani są robić jest im zadawane w taki sposób, że nie znajdują głębszego sensu w swoich własnych działaniach, a mogłoby być przecież inaczej. To jest chyba możliwe.

Kolejnym problemem jest duże zróżnicowanie uczniów w zakresie wiedzy i umiejętności informatycznych. Media są przecież tak rozpowszechnione, że z całą pewnością w każdej klasie znajduje się grupa osób, która niemal profesjonalnie zajmuje się ich obsługą, są też przecież z pewnością osoby, którym obsługa najprostszych programów sprawiać może trudności. No i przede wszystkim uważam, że nie należy zapominać o uczniach, którzy mogą dostępu do komputera i Internetu w domu nie mieć. Wydaje się, że to przypadki marginalne? Być może, ale to tym gorzej, gdyż takie osoby są już na wstępie wyautowane z informatycznego rozwoju ze względu na poczucie własnej niekompetencji w tym zakresie, może nawet poczucie niższości, a także utrudnioną realizacje zadań np. odrabianie pracy domowej. Może wydaje nam się, że takich uczniów nie ma, a może tylko z oczywistych względów się do tego nie przyznają? Pedagog powinien mieć oczy szeroko otwarte i przewidzieć również taką sytuacje, tym bardziej, że w wielu szkołach nieskrępowany dostęp do komputerów to po prostu fikcja. Popatrzmy więc jak wygląda udział uczniów w lekcji w kontekście realizowania z nimi jednego programu nauczania przedmiotu. Załóżmy, że nauczyciel chce nauczyć uczniów obsługi jakiegoś programu. Powiedzmy, że jedna trzecia klasy zna ten program doskonale, w związku z czym udział w lekcjach jest dla tej grupy stratą czasu, kolejna trzecia część klasy nie radzi sobie nawet z prostszymi programami, lekcje są dla niej wyłącznie przyczyną stresu i również dla nich są one stratą czasu. Zdaje się zatem, że tylko jedna trzecia całego zespołu (co stanowi przecież mniejszość) korzysta z zajęć. Myślę, że mniej więcej takie są skutki dostosowywania programu i wymagań do wszystkich tzn. nie są one dla nikogo albo przynajmniej dla mniejszości. Można by zniwelować ten problem dzieląc klasę na grupy pod względem umiejętności (chociaż to jest nieco ryzykowne, bo może doprowadzić sklasyfikowania uczniów do grup „lepszych” i „gorszych”) albo lepiej pod względem zainteresowań (można by zapytać uczniów jakie sami mają oczekiwania, czego chcieliby się nauczyć i wówczas stworzyć zespoły, które zajmowałyby się poszczególnymi programami czy problemami, potem wyniki można byłoby zaprezentować na forum). Zastanawiałam się czy nie byłoby zbyt dużą trudnością dla nauczyciela aby uczniowie przez większość semestru pracowali w grupach, bo może pojawić się zarzut, iż taka organizacja pracy jest nierealna, jednak wydaje mi się, że jest to tylko kwestia przełamania schematów, ponieważ zwykle nauczyciel na informatyce daje uczniom zadanie i w niewielkim stopniu ingeruje w ich pracę. Co wobec tego za różnica aby zadał zadanie grupie i podobnie jak do tej pory pełnił funkcję pomocniczą.

Podsumowując, uważam, że media powinny być wykorzystywane przy nauce innych przedmiotów, aby pomagać nam w nauce, a nie stanowić jej cel. Nauczyciele (oraz program kształcenia) powinni uwzględniać duże zróżnicowanie uczniów pod względem umiejętności informatycznych. I tak dalej i dalej… Jednym słowem rozwijajmy plusy dodatnie, a niwelujmy ujemne, bo według matematycznej zasady plus z minusem daje minus, a przecież chcemy być na plusie. :)

Sara